10 oznak, że masz dziecko

Chłopaku! Dziewczyno! Nie masz kapusty jeszcze bardziej, niż nie miałeś jej zazwyczaj? Nie sypiasz i tym razem nie jest wina zespołu niespokojnych nóg? Poczucie winy, że wszystko co robisz, mógłbyś robić lepiej, powiększa się jak Warszawa? Możliwe, że masz dziecko. Sprawdź objawy.

Polubiłeś poniedziałki

Od jakiegoś czasu weekendy nieznośnie trzeźwe, lecz o dziwo męczące, więc poniedziałkowy powrót do pracy jest dla Ciebie zbawieniem, jakim dla całej reszty jest przereklamowany piąteczek. Jeżeli zdarza Ci się stać w tym poniedziałkowym melanżu smutnych zmechaconych jadących do pracy ludzi i uśmiechać się tak mocno, że czujesz, że w końcu jak nic ktoś Ci tak po ludzku przypierdoli, to mamy pierwszy objaw. Jedźmy dalej.

Pojawiły się problemy z seksem

W swoich najbardziej sprośnych snach marzysz o seksie we własnym łóżku, a nie kitraniu się w łazience czy gimnastyce na kanapie, “stosunek przerywany” nabrał zupełnie nowego znaczenia i mocy antykoncepcyjnej oraz powstało duże niebezpieczeństwo tego, że zabawa skończy się wyciąganiem jakiegoś klocka z miejsca, gdzie nigdy nie powinien się znaleźć. O to to.

Nie poznajesz swojego mieszkania

Twoja przytulna hobbicia norka, w której wszystko było na miejscu i na wszystko było miejsce, zamieniła się cmentarzysko zabawek, nadgryzionych parówek oraz przedmiotów, których działania nawet nie chcesz poznawać. Jak raz dziennie nie wdepniesz w coś, co zadaje ogromny ból, przy okazji śpiewając kołysanki, to możesz uznać dzień za udany. Boli Cię dany stan rzeczy, ale wydaje Ci się, że zaczynasz się przyzwyczajać. Spokojnie – nie przyzwyczaisz się nigdy.

Zamieszkałeś w łazience

Coraz więcej czynności przenosisz do toalety, ponieważ tylko tam masz względny spokój. Przeglądasz internet, grasz oraz czytasz do momentu, w którym jesteś pewien, że właśnie zakwalifikowałeś się do amputacji nóg. Generalnie naznosiłeś tam już tyle rzeczy, że zrobiło się małe przytulne mieszkanko z własnym adresem, kodem pocztowym i miejscem na Google Maps.

Przestałeś czytać książki…

No, czasem udaje Ci się przeczytać kilka stron w metrze lub autobusie, ale i tak roczna średnia przeczytanych pozycji spadła z “no słabo z czasem na literaturę ostatnio” do “jak się nazywało to grube papierowe?”. Tę jedną jedyną męczysz już tak długo, że zwyczajnie jej nienawidzisz, ale troszkę też już ją kochasz jak starego przyjaciela – objawy typowe dla syndromu sztokholmskiego.

…oglądać seriale…

Nie bardzo wiesz, co wydarzyło się w ostatnim sezonie Gry o Tron (przy czym ostatni, który widziałeś, to ten, w którym wesela były normalniejsze), ale za to świetnie wiesz, gdzie schował się George podczas zabawy w chowanego ze Świnką Peppą, oraz dawno rozgryzłeś Panią Królik. Niestety Twoi znajomi z pracy mają na to wyjebane.

…filmy…

O kinie też raczej ciężko Ci rozmawiać z kimkolwiek, ponieważ ostatnią nowością, jaką widziałeś, był film, który właśnie dodano do Superaka w złotej kolekcji klasyków. Niestety wszystko na temat kina stało się dla Ciebie jednym wielkim spoilerem. I czasem byś tak wszedł na tego Fejsbuka i tak napisał jednemu i drugiemu “Chuja się tam znacie, kutasiarze bez szkoły – nie zrozumieliście nawiązań do poprzednich części Harry’ego Pottera!”, ale jakoś ci już w tym wieku głupio gadać o rzeczach, których nie widziałeś.

…oraz chodzić na imprezy.

Jeżeli miałbyś opisać na Fejsbuku swoją ostatnią wixę, musiałbyś napisać: No grubo było wczoraj. Śpiewające Brzdące leciały całą noc. Pluszowy lisek troszkę przesadził z wymyśloną herbatką i wpadł do koszyka z resztą pluszaków. Sztos! No i ta zastawa – różowy plastik niby, ale elegancka. Pozdro, Mordeczki!”

Poważnie wzrosły Ci wydatki

[nawet nie chce mi się o tym pisać]

Obracasz wszystko w żart, żeby jakoś to unieść.

Jak wyżej.

Jeżeli większość z wyżej opisanych sytuacji jest Ci znajoma, to możesz mieć dziecko. Jeżeli dziecka nie masz, ale wieczory spędzasz na herbatkach z lalkami i pluszakami to niezły z ciebie wariat. Tak trzymaj!

No a serio, to ciężko bywa. Po pierwsze, w ogóle ogarnąć, że zostałeś rodzicem. Czasem bawię się z dzieckiem, patrzę na nie i, mimo że minęły dwa lata, myślę “łojezu, ja mam dziecko!”. Dziwne? Ale prawdziwe. Ta świadomość nie pojawiła się u mnie z dnia na dzień. A życie zmieniło się diametralnie właśnie tak. Pstryk!

Po drugie, kiedy następują jakieś trudniejsze dni, coś nie wyjdzie i zdarzy mi się pomyśleć “nie, kurwa, nie nadaję się do tego” albo “po co mi to w ogóle było?”, to jest to idealne paliwo dla tej maszynki produkującej poczucie winy, które przychodzi później ze zdwojoną siłą. Patrzę na wszystkie "idealne" rodzinki, na te poradniki bycia superrodzicem i wreszcie na swoje dziecko i myślę “jak ja mogłem w ogóle tak pomyśleć? Co ze mnie za człowiek?”. I nawet pisząc to, zastanawiam się nad oceną innych, bo i z tym jako świeżo upieczony rodzic idzie się zmagać (a umówmy się: "mam w dupie to co inni o mnie myślą" to największe kłamstwo naszych czasów).

My ustaliliśmy ostatnio, że będziemy myśleli o sobie dobrze. Oczywiście nie jest to łatwe, ale cokolwiek by nie wyszło, źle się zadziało, to staramy się pamiętać, że robimy wszystko, co możemy, żeby było, jak należy i z miłością. Jesteśmy dobrymi rodzicami i tego się trzymamy.

Patryk Bryliński

cover photo credit: Smithsonian Institution via Foter.com / No known copyright restrictions