Miesięczne archiwa: Listopad 2016

Jak nic nie musieć?

Nie każdy tekst z tego dziwnego cyklu „jak żyć“ to muszą być bebechy i podróże w głąb dzieciństwa, bo na tej drodze jest też dużo takich małych rzeczy, małych że aż śmiesznych, a jednak pomocnych, no i skoro czuję, że mi one potrafią pomóc, to chyba warto się nimi dzielić, mimo że małe i trochę śmieszne. Jedną z takich rzeczy znalazłem w książce Marson Jacqui „Bycie miłym to przekleństwo“, która w całości opowiada o radzeniu sobie z tym dobrze, oj jak dobrze znanym poczuciem, że cały czas coś MUSZĘ ROBIĆ, bo przecież ciągle coś trzeba, bo osacza mnie jakaś gigantyczna sieć obowiązków, zobowiązań i przymusów, i świadomość, że tak naprawdę sam sobie tę sieć plotę, może troszkę zmienia – ale, wiadomo, w gruncie rzeczy zmienia niewiele.

Żeby dać jakiś życiowy obraz – ile możesz wytrzymać, spokojnie leżąc sobie w łóżku w leniwą niedzielę, kiedy – zróbmy to założenie! – nie wzywają Cię jakieś realne rzeczy do zrobienia, typu nakarmienie dziecka albo zjedzenie czegoś samemu? Ile czasu upłynie w błogiej bezstrosce, zanim głosy w głowie wyrzucą Cię spod kołdry jak bezwolną kukłę, bo przecież COŚ TRZEBA ZROBIĆ, gdzieś iść, coś napisać, komuś odpisać, coś narysować, coś wrzucić na fejsa, coś ogarnąć, coś kupić, coś załatwić? Ile czasu? 10 minut? 25? 40? Na pewno bywa z tym różnie, są jakieś szczęśliwe rekordy i beztroscy rekordziści, ale to poczucie, że MUSISZ coś zrobić, prędzej czy później pod tę kołdrę jednak wpełźnie. DO ROBOTY! Przecież MUSISZ!!!

No więc z ciekawością przeczytałem radę z książki „Bycie miłym to przekleństwo“, tak prostą, że aż wstyd powtarzać. Otóż, pisze Marson Jacqui, całe to poczucie, że coś MUSZĘ, płynie oczywiście z dzieciństwa (więc jednak nie obejdzie się bez powrotu do dzieciństwa!), i z tego mnóstwa razy, kiedy każde z nas słyszało wtedy, że coś MUSI. Wiadomo, dziecko co chwila to słyszy, bo inaczej byłoby z nim (i nie tylko) kiepsko. No i te mnóstwo, mnóstwo razy tak się nam przez lata wryło w głowy, że tam zostało na dobre. I pojawia się teraz automatycznie w tysiącach codziennych sytuacji, które – jeśli przyjrzeć się im pod tym kątem – zupełnie tego słowa nie potrzebują. Bo już jesteśmy dorośli, i bardzo często jeśli coś robimy, to nie dlatego że musimy, tylko dlatego że po prostu CHCEMY albo MOŻEMY to robić.

„Kurczę, ale ja zarosłem. Muszę iść do fryzjera!“ Naprawdę? MUSISZ? Przecież nikt nie przystawia Ci do głowy pistoletu, KAŻĄC natychmiast pędzić na strzyżenie. „Muszę posprzątać mieszkanie“; „Muszę wyjechać na wakacje“; „Muszę częściej kochać się ze swoją dziewczyną“. Dwie ostatnie rzeczy to w ogóle frajdy i radości, więc tym bardziej to nieszczęsne „muszę“ dziwnie przy nich wygląda. A jednak tak właśnie mówimy (i myślimy). A przez to, że tak mówimy (i myślimy) mnóstwo rzeczy wokół siebie sami sobie nieznośnie obciążamy, traktując je jak obowiązki, które należy spełnić. No i sami wpychamy się w ten sposób w zaklęty krąg presji, zawodzenia samego siebie, poczucia winy, frustracji, autoagresji i innych duchowych frykasów.

No właśnie – i w tym miejscu ta prosta, strasznie prosta rada. Polega ona na tym, żeby zawsze kiedy się da – a da się zaskakująco często! – zastępować sobie (mówiąc i myśląc) słowo „muszę“ słowami „chcę“ albo „mogę“. No bo przecież tak naprawdę CHCĘ (a nie muszę) jechać na wakacje. MOGĘ (a nie muszę) posprzątać mieszkanie. I CHCĘ się częściej kochać z dziewczyną (no chyba że nie chcę, ale to już inny problem). I wtedy, wypalając sobie w głowie te nowe słowa i te nowe konstrukcje myślowe, stopniowo zdejmujemy ze świata coraz więcej ciężarków. Bo, odwołując się do innej pomocy naukowej, granice mojego języka oznaczają granice mojego świata. I kiedy jest inaczej nazywany, ten świat coraz mniej wydaje się najeżony obowiązkami, a coraz bardziej staje się wypełniony rzeczami, które zależą od nas. I od tego, czy chcemy, czy może wcale nie chcemy czegoś robić. I taki świat jest bardziej prawdziwy, a prawda zawsze niesie ulgę.

Oczywiście, nie jest to magiczny lek na wszystko, oczywiście, jeśli chcemy jeść, to MUSIMY pracować, a jeśli chcemy żyć, to MUSIMY oddychać. Ale, wskakując na łatwą ale pomocną skrajność, przecież wcale nie MUSIMY żyć! Zawsze możemy w ten czy inny sposób to życie skończyć. Więc jeśli oddychamy, jeśli budzimy się rano – to dlatego, że CHCEMY (ha!). 

Mi to jakoś pomogło i pomaga nadal, więc się tym dzielę. Na początku, kiedy namierzałem sobie te wszystkie „muszę“ w głowie, byłem zaskoczony, jak jest ich mnóstwo. I żeby pamiętać o tym zamienianiu, przylepiłem sobie nawet w mieszkaniu – to też rada z książki! – kartki-przypominajki (zdjęcie na górze jest z mojej lodówki). Teraz już mi to bardziej weszło w krew, choć – co ciekawe – w okresach, kiedy czuję się gorzej, te różne „muszę“ pojawiają mi się w głowie dużo częściej niż w lepszym czasie. Dlatego CHCĘ pamiętać, że MOGĘ sobie wtedy pomóc!

Maciej Kaczyński