6 piosenek po rozstaniu

Bądźmy poważni: kiedy wali się świat, nie słuchamy żadnej Rihanny ani nawet Nirvany. Oto krótka lista „piosenek“, które NAPRAWDĘ rozbrzmiewają po końcu związku.

Cisza

Jak pisał poeta, odbywa się to wszystko bez błyskawic, gromów i archanielskich trąb; w dzień końca świata kobiety idą polem pod parasolkami, pijak zasypia na brzegu trawnika i nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa. Ale te nawoływania, i wszystko inne, są tak naprawdę ciszą, jakoś straszliwie obojętną i dziwaczną, bo przecież wali się świat, ludzie powinni krzyczeć, psy wyć, a pioruny napierdalać ile tylko mają sił. A tu nic. Zwyczajne popołudnie. Telefon nie dzwoni. Nawet jak dzwoni, i ktoś przez niego mówi, to i tak nie ma to znaczenia. I nic tej ciszy nie może zagłuszyć, może na moment czołówka jakiegoś serialu, ale to bardziej jakaś próba smętna w swojej nieudolności, niż poważny przeciwnik Ciszy.  

 

„Błagam, błagam, błagam, błagam, proszę, błagam…“

Piosenka prysznicowa. Na nucenie – a raczej wycie, zawodzenie, ryczenie, charczenie – zbiera się, kiedy spowija nas bezpieczny szum bieżącej, gorącej wody. Wtedy jakoś naturalniej przychodzi całe to rzężenie, zawodzenie, zawieszanie się na jednym słowie, jakaś bełkotliwa mantra czy modlitwa (preferowana pozycja – od silnego skulenia do padnięcia na kolana na dno wanny) w intencji obudzenia się z tego koszmaru, który w zupełnie niepojęty sposób stał się całkowicie odpornym na takie zaklęcia życiem. Piosenkę można też wykonawać bez szumu wody, w pokoju, jednak jeśli rzęzi się ją głośno, pojawia się zagrożenie, iż sąsiedzi mogą nie zrozumieć tego gatunku twórczości i sprowadzić na pomoc karetkę.    

 

Jak już jesteśmy przy rzężeniu – wiadomo, że w tym okresie pięknie pracuje cały aparat gębofonowy (Bobby McFerrin byłby dumny!): przez długie dnie powstają minimalistyczne acz bogate w faktury musicale, oparte na siorbaniu, łykaniu śliny, wzdychaniu, wycieraniu nosa, kapaniu łez na podłogę, zgrzytaniu zębami, zapowietrzaniu się, nieregularnym oddechu i mnóstwie innych rzeczy z tego uniwersum akustycznego.  

 

Klik, klik

Muzyka z gatunku field recording / ambient. W ciszy pustego mieszkania raz po raz słychać kliknięcie myszki laptopa. Klika się z reguły, żeby zobaczyć, czy ona nie napisała czegoś na fejsie. Nie wrzuciła jakiegoś zdjęcia na swoją tablicę, jakiegoś linku do piosenki, która na pewno ma jakieś ukryte znaczenie. Klika się żeby wiedzieć co robi. Nawet jeśli to zaboli, a wiadomo że zaboli. Klik, klik. Nic nowego. Klik, klik. O, jest nowy status. O kurwa. Aua, jak boli. O kurwa, po co ja to sobie robię, już nie będę. Klik, klik.  

 

Pssss

Czyli odgłos otwierania puszki coli. Kolejny utwór filed recordingowy. W dawnych, dobrych (?) czasach popularniejszy w tej kategorii było wesołe „plum“ korka, który dziarsko wyskakiwał z szyjki butelki wina. Cóż, każde czasy mają swoje hity. Teraz na topie są puszki pełne płynnego cukru, który ponoć odrobinę pociesza. Odgłosy towarzyszące: szleszczenie toreb chipsów, chrupanie chipsów, szeleszczenie opakowań od czekolady, łamanie tabliczki czekolady, gryzienie i przeżuwanie czekolady. Wszystko to w ciszy wieczoru, którą czymś przecież trzeba próbować zapełnić. (Najgorsze, że w tych wszystkich słodkościach jest ten nieszczęsny olej palmowy, od którego wszyscy powinniśmy trzymać się z dala!)  

 

Kurwa!!!

Itp. Utwory słowne z pogranicza gore, brutalizmu i akcjonizmu wiedeńskiego. Nieregularne, szarpane przekleństwa, wygłaszane na głos pod adresem własnym (jeśli emocjonalną górę bierze w nas poczucie winy) albo drugiej strony rozstania (jeśli na prowadzenie wysuwa się poczucie krzywdy). Co za kurwa! Co za gnój! Dosyć, kurwa! Kurwa, nie wytrzymam! Kurwa, NIE!!! Itd, itp., no, wiadomo.

 

Teledysk

To jest najgorsze: całe twoje ciało staje się gąszczem zajebiście czułych, niesamowicie napiętych strun, które potrąca byle co, a wtedy od razu wibrują nieznośnie głośno w jakimś ogromnym pudle rezonansowym pamięci, czy czymś takim; ten jogurt na półce kupowaliśmy razem (aaaa!), tą ulicą szliśmy 7 miesięcy temu (aaaaa!), te drzewa oglądaliśmy, tu się śmialiśmy, podobnego kota głaskaliśmy wtedy, ten zapach był wtedy, ten smak wtedy, Biedronka i Lidl, dżdżownica i gil, wszystko rozbrzmiewa wielkim chórem chwil, które minęły, piekielnym requiem utraty, i tak przez cały dzień, i tak przez całą noc. Wiadomo.       

 

Hitów rozstania jest oczywiście dużo więcej, ale tu już zakończymy nasz krótki przegląd, bo nikt nie czyta długich tekstów, zresztą krótkich też nie bardzo. Kolejny wpis będzie już wesoły, o tym że można osiągnąć każdy cel, tylko wystarczy się na nim sfokusować, albo o pożarach lasów w Indonezji i śmierci orangutanów. Hej! 

Maciej Kaczyński