Biali w tropikach

Jak wiadomo, w egzotyczną podróż wyruszamy głównie po to, aby odpocząć od Polaków.

Niestety, szybko okazuje się, że w głębi dżungli czyhają na nas blade twarze dużo bardziej złowrogie niż poczciwe oblicza rodaków. Zapraszam na krótki przegląd międzynarodówki podróżników – spisany na gorąco, w samolocie powracającym ze Sri Lanki. 

Zacznijmy z tłustej rury – od rodzimych towarzyszy podróży w nieznane.

Ludzie-świnie

Najgorsi. Poruszają się czeredą, znacząc swój kiełbasiany szlak puszkami po browarach i płaczem dzieci, którym co chwila wymierzają wychowacze klapsy. W dresach Armaniego i hawajskich koszulach, łysi lub obcięci na jeża, czerwoni i opuchnięci, sprytni i wściekli: chmiel i drożdże tej ziemi, udręczonej tysiącami lat zaborów. Każda grupa – jak to u świń – ma swojego lidera, wieprza alfa – Krzyśka lub Andrzeja. Facet zna życie i niejedno widział, więc wychujać się miejscowym nie da – nie ma takiego chuja, co by go zrobił w chuja. Wszystko załatwi, wszystko wyjaśni i wszędzie poprowadzi.

Nabyta na saksach 3-zdaniowa znajomość języka Szekspira pozwoli mu zamówić dla całej rodziny pizzę, a nie to chujowe żarcie, którzy oni żrą. Swoją drogą „oni” to słowo wśród ludzi-świń bardzo popularne – wiadomo, „oni” chcą nas wydymać na kasę, dlatego w czerwonej opuchliźnie, w której tylko dobra wola pomoże nam rozpoznać ludzką twarz, czujnie pracują chytre oczka, szukające zagrożenia. Jeden z nich się do mnie uśmiechnął? He, he, he, takiego chuja, nie ze mną takie numery, Krystyna, bierz dzieciaki, jeszcze zdążymy do bezcłówki, tu chcą nas wychujać na kasę. No, Kacperek, nie płacz, co płaczesz, zostaw już tę pizzę bo dostaniesz klapsa, Artur, dopijaj browara, spierdalamy stąd! Kacperek, przestań ryczeć, kotku, no zrób coś z nim, kurwa proszę cię!  

Z rodakami spotykamy się jeszcze w drodze powrotnej. To grupa zorganizowna, która w tropiki udała się z biurem podróży. Nastawieni na wysoką jakość usług, opaleni i raczej zadowoleni, choć też niepewni i nieco nerwowi – a może tamta druga grupa miała lepszy hotel? Dłuższą część lotu zajmuje im licytacja, kto mieszkał lepiej, jadł smaczniej i opalał się więcej ("Naprawdę, mieliście tylko 7 dni słońca? No, to my 9, Stefan to się cały spalił, patrzcie jaki czarny!").

Służy to głównie temu, aby uspokoić dręczące wątpliwości: było ok, nie przepłaciłem, nie zmarnowałem urlopu. Zupełnie innymi kategoriami kierują się wolne duchy, z którymi wyruszmy teraz w głąb dżungli.    

Mistycy

Może to oni są najgorsi? Podróż na Wschód to dla nich duchowe przeżycie, o którym czytali w Siddtharcie Hessego i u Ericha Fromma. Wiadomo: na Wschodzie wszyscy żyją jogą, i nawet ryż z kurczakiem zajadają, układając ciało w jedną z asan. Dzięki wierności naukom Buddy i biegłości w starożytnej nauce Ajurwedy, Objawiania doznaje każdego dnia co najmniej połowa dzieci pracujących w fabrykach zachodnich t-shirtów. Do tychże koszulek nasi Włóczędzy Dharmy wdziewają w podróży sarongi: nic przecież nie świadczy o głębokiej duchowej przemianie bardziej niż miejscowa stylówa. O brodzie a la Max Cegielski nie ma co wspominać – każdy wie, że na osoby bez brody Objawienie po prostu nie spływa (smuteczek).

Los podróżnika-mistyka nie jest wesoły: nirwany jak nie było, tak nie ma, broda wali zupą z zeszłego tygodnia, a urlop powoli się kończy i zaraz trzeba będzie wracać za biurko w ołpen spejsie. I jak tu nie dać za wygraną? Nic dziwnego, że nasz dzielny jogin w końcu zamienia sarong na szorty, wrzuca Kerouaca na dno plecaka (he he), i pociesza się najebką w jednym z barów na plaży. I tu czeka na niego szczypta mistyki: joint w rytm Get up, stand up Marleya (leci w każdym barze w promieniu 5 km). Można zadumać się nad tym, że wszyscy jesteśmy braćmi i razem stworzymy raj na ziemi, po czym rano obudzić się na ciężkim kacu. Jaka dusza, taka duchowa przemiana.     

Surferzy

Sportowa odmiana mistyków. Łączą ich rozchełstane koszule, paciorki i rzemyki oraz pustka w oczach. Odróżnia – piękna opalenizna, wspaniałe, białe uzębienie i ciężko wypracowany nieład blond czupryn. Są straszliwie zdrowi i niesłychanie zadowoleni z siebie. Uwielbiają opowiadać, najchętniej o swoich podróżach („Który raz tu jestem? Ha, ha, to pytanie, na które muszę najczęściej odpowiadać! Wiesz, musiałbym sprawdzić w paszporcie – tyle tego było…”). Teoretycznie otwarci na innych – w praktyce kiedy tylko przestają mówić, natychmiast tracą zainteresowanie rozmową, szyjąc nogą pod stołem, i nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. Dlatego kiedy już się wygadali, pozostaje im siedzieć, leniwie sącząc piwo, od niechcenia popatrując na otoczenie spod ronda kapelusika, i generalnie – starając się wyglądać zajebiście. Czekają na kolejną falę. Bo w końcu życie to surfing – jak mawiał pewien nauczyciel wuefu z Mysłowic.

Hiszpanie

Moja sympatia do tego narodu otrzymała dwa poważne ciosy. Pierwszym z nich był Carlos, który jechał z nami pociągiem w góry. Carlos zachowywał się tak, jakby nalażało do niego nie tylko jego (co oczywiste) i nasze siedzenie, ale cały pociąg. Szalał, zasłaniał, nachylał się, wpadał na głowy. Najwyraźniej nie przeszło mu przez myśl, że cała reszta niekoniecznie jedzie tym pociągiem, żeby patrzeć na Carlosa.

Był jeszcze Król Dżungli – kudłaty i zblazowany koleżka, który towarzyszył nam w jeepie na safari. Król zaraz po wdrapaniu się na fotel oznajmił, że się strasznie przejadł, po czym całym sobą przekazywał znudzenie imprezą i poganiał kierowcę, ewidentnie wypatrując końca. Kolejne zwierzęta komentował beznamiętnie w jeden sposób ("Bardzo duże.") Na postoju zajął się wyjmowaniem sobie gaci spomiędzy pośladków, a ja odczułem złośliwą satysfakcję, kiedy w końcu ożywił się na widok przechodzącego tuż obok leoparda – i nie zdążył zrobić mu zdjęcia.  

Pokolenie Lonely Planet

Ich imię to milion. To poszukiwacze oryginalności, którzy skazani są na banał. Przeżyliście to? Po długiej wędrówce przez kompletną dzicz (jakim cudem wciąż żyjemy?!) dochodzicie do cudownego zakątka, w którym stopa białego człowieka nigdy nie stanęła: nad głową przelatuje papuga, kolorowa jaszczurka tanecznym krokiem prześlizguje się po starożytnej, wykutej w skale postaci, gdzieś w dali rozbrzmiewa pomruk lamparta… Ale co to? Tuż obok kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt zagubionych jak wy białasów z przewodnikiem Lonely Planet w rękach! A skoro są oni, to i miejscowi rzucają się na was z ciasteczkami, owocami, pamiątkami! I papuga nie lata ot tak sobie, tylko pozuje za kasę do zdjęcia, jaszczurka pokazuje drogę do sieci hoteli, a lampart z wycieńczenia mruczy, a nie z dzikości!

Lonely Planet mają WSZYSCY. Dlatego WSZYSCY trafiają do miejsc, które przewodnik opisuje. Chcemy spontanicznie pląsać – trafiamy na taśmociąg. Pragniemy niepowtarzalnych szat – dostajemy równo skrojone mundurki. Co poradzić – coś za coś. Bez Lonely Planet krążylibyśmy pewnie wokół lotniska, co i rusz waląc głową w palmę.

No ale żeby nie było: przez kraty banału można na szczęście całkiem dużo zobaczyć. Widok 10 płetwali błękitnych na otwartym oceanie to jest jednak mocno wzruszający sztos, w przeżywaniu którego absolutnie nie przeszkadzało nam kilkadziesiąt osób na tej samej łodzi.

W tym miejscu porada praktyczna: jeśli będziecie w Mirissie, oglądajcie wieloryby z Raja & the Whales – to bardzo fajny koleś, który przejmuje się płetwalami, bada ich życie i nie podpływa do nich za blisko.

Zresztą, pewnie i tak go wybierzecie. Poleca go Lonely Planet.

Maciej Kaczyński

PS. Pani robi zdjęcie waranowi.

jaszczurka