Blog

Festiwale Codzienności

Zaczyna się sezon festiwalowy. Już niebawem zaczniemy pakować do plecaków nasze najfajniejsze T-shirty, przejmując się, czy są wystarczająco fajne, i ruszymy w Polskę w poszukiwaniu niezapomnianych przygód, z których część na szczęście zapomnimy, bo przeżyjemy je po wypiciu kilkunastu festiwalowo-rozwodnionych piw. Ale. Ale! Przecież festiwale to zjawisko na codzienną skalę, a wcale nie tylko wakacyjne bale – że pozwolimy sobie na mały rap. Dlatego na rozgrzewkę przed sezonem zapraszamy Was na przegląd codziennych, wcale-nie-aż-tak-fajnych festiwali. W przeciwieństwie do tych prawdziwych (śpieszmy się doceniać festiwale, tak szybko się kończą!), te trwają niestety o wieeeele za długo.     

(więcej…)

Trzydzieste siódme urodziny

Patrzę na siebie rano w lustrze i zauważam postępujące zmiany. Może w nocy ugryzł mnie radioaktywny pająk, który sprzedał mi umiejętność chodzenia po ścianach? Nie, nie wygląda to tak. Wygląda raczej jakby ugryzł mnie kawałek suchej krakowskiej, który cały weekend przeleżał na kuchennym blacie. Wszystko się zgadza – teraz zapewne zdobędę moc smarowania się musztardą. Jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że kilkanaście dni temu skończyłem trzydzieści siedem lat i zwyczajnie się starzeje.

Trzydzieści siedem lat” brzmi trochę, jak “z przykrością informujemy, że musimy amputować Panu głowę”, ale przyzwyczaiłem się już. Właściwie jakiś czas po trzydziestych szóstych urodzinach czułem się już trzydziestosiedmiolatkiem, więc dzień urodzin nie był jakiś bardzo szokujący. Urodziny mógłbym mieć codziennie – bardzo je lubię. Niestety jest z nimi jak z wódką – gdy jest ich zbyt dużo, powodują śmierć.

Kolega z Ameryki zadzwonił z życzeniami. Przy okazji zapytał, czy “hydraulika” jeszcze działa. Jeszcze tak. Usłyszałem, że w takim razie wszystko w porządku. No i gitarka. Nie da się jednak ukryć, że Krzysztofem Ibiszem nie jestem i kilka rzeczy przez te dziesięć ostatnich lat się w moim organizmie zmieniło. Weźmy najprostszy test – test imprezy. Mając lat dwadzieścia, wracałem z zabawy o czwartej nad ranem, spałem dwie godziny, brałem kąpiel i wychodziłem do pracy. I choć nie był to najbardziej produktywny dzień w moim życiu, to zlatywał na miękko. Jak jest teraz? Teraz po kilku piwach mam dwudniowego kaca, a po całonocnej imprezie zwyczajnie zabiera mnie spod pubu śmieciarka. Jest to najprostsza odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie w tym wieku już tak nie balują. Dlatego, że po jednej dobrze dociśniętej nocy przez tydzień uczą się na nowo mówić, a przez kolejne dwa miesiące leczą stany lękowe. Potem o tym zapominają. To daje sześć imprez rocznie. Więcej to już ryzyko.

Wydaje mi się, że dopiero w tym roku zacząłem na to zwracać uwagę. Może przez pierwszy siwy włos, który postanowił się pojawić, żeby zmarszczki na czole miały jakiś modny dodatek, a może zwyczajnie mózg napadły myśli, a ja nie miałem przy sobie telefonu i nie udało się ich szybko zagłuszyć przeglądaniem statusów ludzi, których nie znam. Klops.

Tak czy siak jestem świadomy. Tego, że skóra wygląda inaczej, niż wyglądała; tego, że trzeba czasem odwiedzać lekarzy; tego, że na myśl o wyjściu do dużego głośnego klubu, nogi mocniej wsuwają się w kapcie; tego, że nie jestem już w stanie zjeść wszystkiego w dowolnych ilościach (w sensie jestem, ale potem mogę tego żałować); tego, że w szafce czai się na mnie krem do twarzy, który dostałem w prezencie; tego, że moi muzyczni idole od dawna gryzą piach, a sportowi są dużo ode mnie młodsi; tego, że “wygodnie” to dla mnie już więcej niż “modnie” oraz tego, że mogę zacząć opowiadać historię z życia od “pamiętam, jak dwadzieścia lat temu…” i nie będzie to opowieść o tym, jak srałem w pieluchy. Kiedy widzę młodych ludzi (i mam na myśli takich naprawdę młodych, a nie czterdziestolatków z agencji reklamowych, którym wydaje się, że jak założą rurki i ermaksy, to wypada im na poważnie używać słowa wixa), czuję, że ten czas teraz jest już bardziej ich czasem, niż moim. I, oczywiście, jak każda osoba dorosła patrzę na nich ze zdziwieniem – kontrolowanym, ale nadal. Nie znam telewizyjnych gwiazd, a te internetowe tylko ze służbowego obowiązku. Nigdy nie zostanę już piłkarzem ani astronautą. I choć mały Patryczek z przeszłości zalewa się z tego powodu łzami, to ten duży myśli: “no i chuj, zawsze mogę zostać prezydentem”.

Przy wszystkich tych objawach ciężko powtarzać z uporem maniaka “w głowie nadal mam dwadzieścia pięć lat”, no bo, kurwa, który dwudziestopięciolatek przejmuje się tym, czy kurtka zimowa jest ciepła, jeżeli jest ładna? I nawet jeżeli zewsząd słyszę: “a nie wyglądasz”, to aż takiej ściemy wcisnąć sobie nie potrafię.

Wiem, że zaraz znajdą się komentujący, którzy napiszą, że są starsi niż autor, na siłownię chodzą trzydzieści siedem razy w tygodniu, na lancz zjadają guźca, chakalaka i kilogram batatów, właśnie ukończyli kurs “Wewnętrzna siła pochodzi z jelit” i co weekend balują do upadłego z nastolatkami, a ja zwyczajnie przesadzam. Spieszę z tłumaczeniem (choć robię to z przykrością, ale za dobrze znam się z internetem, więc wolę sobie oszczędzić kolejnych zawodów). To nie jest tak, że w kalendarium mojego życia właśnie nastała niedziela wieczór. Myślę, że to czwarteczek późnym popołudniem, więc najlepsze przede mną. Przy czym (i tu jest Łazarz pogrzebany) pisząc “najlepsze”, mam na myśli bardziej nocne obserwacje Drogi Mlecznej gdzieś w Bieszczadach, niż szalony wypad za granicę z ekipą Warsaw Shore (tak zwany wieczorek z czwartku na wtorek). Ostatnich kilka lat to najbardziej produktywny okres w moim życiu i dobrze mi z tym. Zwyczajnie – zmienia się człowiek, zmieniają się priorytety.

Tyle chyba myśli zebranych na teraz. Za stary jestem, żeby się brakiem wniosków przejmować, więc może następnym razem. I choć trochę rzeczy jeszcze po głowie chodzi, to może najpierw przegadam to z terapeutką, żeby się nie wkurwiała spoilerami na blogu. Pozdrawiam, Kochani!
Koniec notki.

Patryk Bryliński

Kartki

8 miesięcy temu rozstałem się z narzeczoną i musiałem nauczyć się żyć od nowa. Tzn. nic nie musiałem, wiadomo, ale to akurat musiałem. Bo było dla mnie zupełnie jasne, że nie chcę tego przeżywać w stary sposób, który znałem dobrze z przeszłości, a który w ten czy inny sposób polegał na lęku i ucieczce, ucieczce od tego doświadczenia, które jest potworne, bo wali się cały świat, ale jest też strasznie ważne, bo zostawia cię tylko z sobą samym, a to, jak mówią coachowie sukcesu, jest naprawdę zajebiste wyzwanie, a wyzwanie to szansa, no więc uznałem, że albo będę od tego uciekał, w cokolwiek, imprezy, substancje, pracę, dziewczyny, i nic się nie nauczę, albo je przeżyję w pełni, z całym tym bólem, lękiem, rozlatywaniem się na kawałki, tęsknotą i wszystkim innym, i zobaczę jak to jest, bo w końcu kiedy przestać uciekać jak nie teraz, już, przecież nie mamy czasu. Świat się do mnie uśmiechnął, zamieszkałem w ślicznym mieszkanku nad Wisłą, no i przez pierwsze dwa miesiące głównie w nim siedziałem, bo akurat wtedy nie musiałem pracować, w dzień słuchając dzieci z przedszkola za oknem, a wieczorami ech imprez, które niosła Wisła; kiedy czułem, że chce mi się na te imprezy iść, piłem colę, zagryzałem chipsami i przypominałem sobie, że to wcale nie byłoby dla mnie dobre, że dobre jest to co jest, te płacze i rozpacze, to bycie przy sobie, trzeźwość, i pisanie takiego dziwnego zeszytu, w którym każdego dnia starałem się coś afirmować, coś lubić, być z czegoś dumnym, gdzieś widzieć światło i coraz bardziej rozszerzać jego promień. Oczywiście, byli też wspaniali przyjaciele, było słońce, i było dużo mądrych książek, które wtedy łapczywie czytałem, chcąc, musząc sobie pomóc. Były też kartki – zdania z tych książek, albo z różnych warsztatów, które jakoś we mnie rezonowały, w których czułem światło i dobro, i chciałem to światło i dobro mieć przed oczyma, chodząc sobie po moim mieszkanku; dlatego zapisywałem je na kartkach i wieszałem na ścianach. Napiszę o kilku z nich, bo skoro mi pomogły, kto wie, może komuś też do czegoś się przydadzą. Wybieram pierwszą serię, którą sobie powiesiłem, dość przypadkową, ale w końcu – jak mawiał klasyk – wszystko to jedno:

Kocham cię Maciek – to taka podstawa, konieczna, żeby było na czym budować. Jest to też tak ogólnie najtrudniejsze, wiadomo. Tę karteczkę powiesiłem nad wszystkimi innymi, żeby o tej miłości do siebie pamiętać. Miłości, czyli akceptacji wszystkiego, co się we mnie dzieje, wszystkich emocji, tych dobrych, ale też tych bolesnych. Miłości, czyli dawaniu sobie absolutnego prawa, żeby czuć to co czuję. Żeby sobie odpuszczać, żeby być dla siebie dobrym, żeby się o nic nie obwiniać, żeby sobie ufać, żeby myśleć o sobie dobrze, żeby sobie mówić i pisać miłe rzeczy. Tak, to bywało trudne, dlatego trzymając się innych kartek, tej jednej dodawałem paliwa.

Co byś zrobił, gdybyś się nie bał? – to pytanie wziąłem z książki „Czego najbardziej żałują umierający“ Bronnie Ware, która dała mi dużo. Było i jest dla mnie strasznie ważne, bo lęk to największa energetyczna zamuła, zasysająca w siebie całe światło, i w tym nowym życiu musiało być mniej lęku, bo z kolei właśnie odwaga – która często jest z zewnątrz baaaardzo mała, może nawet śmieszna, ale z wewnątrz to są jakieś prawdziwe, przepastne heroizmy – pozwala być z siebie dumnym, i z tych różnych lęków wychodzić, i widzieć, że są często tylko w głowie, i czuć z tego powodu uniesienie, i zapamiętywać to uniesienie, i wprowadzać taką „małą“ odwagę w nawyk. Co byś zrobił, gdybyś się nie bał? Patrzyłbym częściej ludziom w oczy, dzwonił załatwiać odwlekane sprawy, spotykał na randkach bez alkoholu, pocałowałbym cię, prosiłbym znajomych o przysługi, mówił miłe rzeczy ludziom, wobec których je czuję, mówiłbym, że się boję, jeśli się boję, mówiłbym w miarę wszystko co czuję, broniłbym swoich granic, gdybym czuł, że są naruszane. Bać się i robić, powiedziała mi moja terapeutka. Dlatego zamiast pójść do pracy, gdzie wszystko i wszystkich znałem i gdzie byłoby bezpiecznie, po paru miesiącach w mieszkanku poszedłem do takiej, gdzie nie znałem nikogo. Dlatego chodziłem na zajęcia, na które rok temu nigdy bym nie poszedł, które polegały na patrzeniu drugiej osobie w oczy przez 20 minut bez przerwy, i mówieniu co w związku z tym spojrzeniem czuję. I na kurs aktorski, gdzie byli sami obcy ludzie, i się ich bałem, i musiałem coś przed nimi recytować i brać się nawzajem na plecy, i tańczyć. I robiłem i robię inne rzeczy, czerpiąc jakąś dziwną przyjemność z tego, że boję się je robić.

Wśród tych pierwszych kartek, są też, z tej samej bajki, Wszystko czego pragniesz jest po drugiej stronie strachu, i Follow the fear. To ostatnie to taka klasyczna dewiza z warsztatów impro, które same w sobie są jedną wielką szkołą odwagi. Bo granie tych różnych improwizowanych scen to nieustanne robienie tego, czego się boisz. I ciągłe wystawianie się na krytykę, tę najgorszą, bo zaszczepioną we włanej głowie. Jak ten lęk rozmontować? Między innymi pamiętając, że Tylko dzięki błędom się rozwijasz. No i Myl się! oraz Chciej przegrać. Jezu, to dopiero jest dla mnie trudne! To tak bardzo wbrew temu perfekcjonizmowi, który płynie mi w żyłach, tej obawie przed niedoskonałością, przed zbłaźnieniem się, przed śmiesznością, przed tym, że inni zobaczą, że jestem gorszy, że wszyscy się zorientują, że się nie nadaję. Ale czy ten lęk dał mi w życiu jakieś super rzeczy? Pewnie trochę nawet dał, tyle że już go nie chcę. Dlatego gram na scenie z własną grupą impro, dlatego na różne sposoby prowokuję tę własną niedoskonałość, i ją przytulam, i jest to absolutnie wspaniałe. A z tego całego lęku robię kulkę i daję do zabawy moim kotom.

klopswigilia2

Follow the fun – czyli robić rzeczy, które są fajne. Dają radość, jasną energię, siłę, uśmiech, otwartość. I jeśli to czuję, to chcę tego więcej – chcę robić to co dla mnie dobre. Iść za tą radością, nie odcinać jej sobie strachem, nie karać się odmawianiem jej sobie. Tu zresztą mam sporo do nadrobienia, bo od kiedy w sierpniu przypomniałem sobie, jaką frajdą jest dla mnie ping pong, CIĄGLE NIE KUPIŁEM RAKIETKI I Z NIKIM OD WAKACJI NIE GRAŁEM :‘(

Co byś zrobił, gdybyś się nie bał? Miałbym dwa koty. No i chuj, od miesiąca mam dwa koty.  To jest w ogóle część mojego sprytnego planu, bo terapeutka powiedziała mi też, że po takim ważnym rozstaniu należy kupić roślinę, i jeśli ona przeżyje rok, to wtedy wziąć zwierzę, i jeśli ono przeżyje rok, to jest się gotowym na nowy związek. Oczywiście – bez przesady z tymi dwoma latami! Ale coby nie było, trochę w ten system wszedłem, trochę go przy tym robiąc w konia. Bo żeby się zabezpieczyć, nakupowałem w Biedronce dużo roślin. No i fakt, kilka z nich nie dało rady [*] Ale kilka – jakby nie patrzeć – ma się bardzo dobrze! Koty zresztą też na początku chorowały, ale już jest ok. A najwięcej odwagi ze wszystkiego, co zrobiłem w ciągu tych 8 miesięcy, wcale nie wymagała ode mnie scena, telewizja albo wyjazd z 20 kompletnie nieznanymi osobami na Suwalszczyznę. Najgorsze, i bolał mnie od tego brzuch, było poinformowanie właściciela mieszkanka, że przygarnąłem koty. Cały ten potworny lęk „wyrzuci cię, zezłości się na ciebie, skrzyczy cię, jesteś złą osobą, jesteś fałszywym tchórzem, nie poradzisz sobie, nie mów, lepiej nie mów i jakoś to będzie“ towarzyszył mi dobrych kilkanaście dni. Po czym, aaaaa, napisałem maila, gotowy na najgorsze. No bo w końcu, kocham cię Maciek, bać się i robić, wszystko będzie dobrze. I wtedy pan Marek odpisał, że on też lubi koty i nie ma problemu.

To był dziwny rok, trochę najtrudniejszy i z wciąż otwartą raną (jak się szybko popłakać? zanucić sobie w głowie piosenkę Filipinek "Batumi", bo w Batumi ostatni raz byliśmy szczęśliwi, to brzmi koszmarnie pretensjonalnie, ale to prawda, przynajmniej ta moja), a trochę taki, że uśmiecham się, myśląc o nim, i chcę więcej. Pomogło mi kilka osób, którym jestem bardzo wdzięczny. Najbardziej pomogłem sobie sam. Pomogły mi kartki.

Maciej Kaczyński      

PS. Miziak i Kiziak, przez które ciągle jestem niewyspany, ale zdecydowanie są tego warte.

Miziak i Kiziak