Blog

Rozmowa z Trójcą Świętą o (nie)zadowoleniu z kariery

Nie ma odwrotu – przez kłęby smogu wjeżdżają w nasze życia Święta. Pozostaje zapchać usta sałatką jarzynową i jakoś to z podniesionym czołem przetrwać.  My życzymy Wam dużo cierpliwości, zdrowia i pogody ducha. Bądźmy dla siebie mili, w końcu wszyscy jedziemy ku otchłani na tym samym wózku! W ramach drobnego prezentu, publikujemy jeden z wywiadów, który ukazał się w naszej książce – oraz ROZDAJEMY kilka jej egzemplarzy (!!!), szczegóły na dole tekstu. A zatem – zapraszamy na rozmowę z gośćmi, o których pamiętacie tylko dwa razy do roku; teraz i kiedy przed nosem śmignie Wam rozpędzona ciężarówka. Szanowni Państwo – Trójca Święta!

(więcej…)

Jak nic nie musieć?

Nie każdy tekst z tego dziwnego cyklu „jak żyć“ to muszą być bebechy i podróże w głąb dzieciństwa, bo na tej drodze jest też dużo takich małych rzeczy, małych że aż śmiesznych, a jednak pomocnych, no i skoro czuję, że mi one potrafią pomóc, to chyba warto się nimi dzielić, mimo że małe i trochę śmieszne. Jedną z takich rzeczy znalazłem w książce Marson Jacqui „Bycie miłym to przekleństwo“, która w całości opowiada o radzeniu sobie z tym dobrze, oj jak dobrze znanym poczuciem, że cały czas coś MUSZĘ ROBIĆ, bo przecież ciągle coś trzeba, bo osacza mnie jakaś gigantyczna sieć obowiązków, zobowiązań i przymusów, i świadomość, że tak naprawdę sam sobie tę sieć plotę, może troszkę zmienia – ale, wiadomo, w gruncie rzeczy zmienia niewiele.

Żeby dać jakiś życiowy obraz – ile możesz wytrzymać, spokojnie leżąc sobie w łóżku w leniwą niedzielę, kiedy – zróbmy to założenie! – nie wzywają Cię jakieś realne rzeczy do zrobienia, typu nakarmienie dziecka albo zjedzenie czegoś samemu? Ile czasu upłynie w błogiej bezstrosce, zanim głosy w głowie wyrzucą Cię spod kołdry jak bezwolną kukłę, bo przecież COŚ TRZEBA ZROBIĆ, gdzieś iść, coś napisać, komuś odpisać, coś narysować, coś wrzucić na fejsa, coś ogarnąć, coś kupić, coś załatwić? Ile czasu? 10 minut? 25? 40? Na pewno bywa z tym różnie, są jakieś szczęśliwe rekordy i beztroscy rekordziści, ale to poczucie, że MUSISZ coś zrobić, prędzej czy później pod tę kołdrę jednak wpełźnie. DO ROBOTY! Przecież MUSISZ!!!

No więc z ciekawością przeczytałem radę z książki „Bycie miłym to przekleństwo“, tak prostą, że aż wstyd powtarzać. Otóż, pisze Marson Jacqui, całe to poczucie, że coś MUSZĘ, płynie oczywiście z dzieciństwa (więc jednak nie obejdzie się bez powrotu do dzieciństwa!), i z tego mnóstwa razy, kiedy każde z nas słyszało wtedy, że coś MUSI. Wiadomo, dziecko co chwila to słyszy, bo inaczej byłoby z nim (i nie tylko) kiepsko. No i te mnóstwo, mnóstwo razy tak się nam przez lata wryło w głowy, że tam zostało na dobre. I pojawia się teraz automatycznie w tysiącach codziennych sytuacji, które – jeśli przyjrzeć się im pod tym kątem – zupełnie tego słowa nie potrzebują. Bo już jesteśmy dorośli, i bardzo często jeśli coś robimy, to nie dlatego że musimy, tylko dlatego że po prostu CHCEMY albo MOŻEMY to robić.

„Kurczę, ale ja zarosłem. Muszę iść do fryzjera!“ Naprawdę? MUSISZ? Przecież nikt nie przystawia Ci do głowy pistoletu, KAŻĄC natychmiast pędzić na strzyżenie. „Muszę posprzątać mieszkanie“; „Muszę wyjechać na wakacje“; „Muszę częściej kochać się ze swoją dziewczyną“. Dwie ostatnie rzeczy to w ogóle frajdy i radości, więc tym bardziej to nieszczęsne „muszę“ dziwnie przy nich wygląda. A jednak tak właśnie mówimy (i myślimy). A przez to, że tak mówimy (i myślimy) mnóstwo rzeczy wokół siebie sami sobie nieznośnie obciążamy, traktując je jak obowiązki, które należy spełnić. No i sami wpychamy się w ten sposób w zaklęty krąg presji, zawodzenia samego siebie, poczucia winy, frustracji, autoagresji i innych duchowych frykasów.

No właśnie – i w tym miejscu ta prosta, strasznie prosta rada. Polega ona na tym, żeby zawsze kiedy się da – a da się zaskakująco często! – zastępować sobie (mówiąc i myśląc) słowo „muszę“ słowami „chcę“ albo „mogę“. No bo przecież tak naprawdę CHCĘ (a nie muszę) jechać na wakacje. MOGĘ (a nie muszę) posprzątać mieszkanie. I CHCĘ się częściej kochać z dziewczyną (no chyba że nie chcę, ale to już inny problem). I wtedy, wypalając sobie w głowie te nowe słowa i te nowe konstrukcje myślowe, stopniowo zdejmujemy ze świata coraz więcej ciężarków. Bo, odwołując się do innej pomocy naukowej, granice mojego języka oznaczają granice mojego świata. I kiedy jest inaczej nazywany, ten świat coraz mniej wydaje się najeżony obowiązkami, a coraz bardziej staje się wypełniony rzeczami, które zależą od nas. I od tego, czy chcemy, czy może wcale nie chcemy czegoś robić. I taki świat jest bardziej prawdziwy, a prawda zawsze niesie ulgę.

Oczywiście, nie jest to magiczny lek na wszystko, oczywiście, jeśli chcemy jeść, to MUSIMY pracować, a jeśli chcemy żyć, to MUSIMY oddychać. Ale, wskakując na łatwą ale pomocną skrajność, przecież wcale nie MUSIMY żyć! Zawsze możemy w ten czy inny sposób to życie skończyć. Więc jeśli oddychamy, jeśli budzimy się rano – to dlatego, że CHCEMY (ha!). 

Mi to jakoś pomogło i pomaga nadal, więc się tym dzielę. Na początku, kiedy namierzałem sobie te wszystkie „muszę“ w głowie, byłem zaskoczony, jak jest ich mnóstwo. I żeby pamiętać o tym zamienianiu, przylepiłem sobie nawet w mieszkaniu – to też rada z książki! – kartki-przypominajki (zdjęcie na górze jest z mojej lodówki). Teraz już mi to bardziej weszło w krew, choć – co ciekawe – w okresach, kiedy czuję się gorzej, te różne „muszę“ pojawiają mi się w głowie dużo częściej niż w lepszym czasie. Dlatego CHCĘ pamiętać, że MOGĘ sobie wtedy pomóc!

Maciej Kaczyński

Jak kochać siebie?

To jest intymne i trudne i wstydliwe, więc najlepiej napisać po prostu o sobie, no bo najpierw napisałem to w tej bezpiecznej i już utartej formie anty-poradniczka, ale właśnie nie, coś tam się gryzło, coś nie pasowało, bo jak tu udzielać ogólnych pseudo-rad, kiedy piszę w tych radach o swoim atopowym zapaleniu skóry albo o tym brązowym skórzanym pasie, który pamiętam z bicia nim mnie w łazience, albo kochaniu 6-latka w sobie dorosłym, no więc lepiej po prostu o sobie, choć to trudne. Ale follow the fear, zwłaszcza że ten fear nie jest przecież aż tak duży, bo ja WIEM jak to robić, bo przecież już od jakiegoś czasu – może roku? – to robię, kocham siebie, bo opanowałem ten trik, którym oszukuje się system i wyprowadza w pole głosy w głowie, i może też ten trik znacie, a może nie, ale myślę że warto o nim napisać, no więc tak. Zacznę od tego, że dla mnie ten koncept, żeby „kochać siebie“ miał w sobie zawsze coś obleśnego. No bo jak to? Przecież to egoizm, egocentrym, narcyzm, coś fałszywego, ociekającego wstydem; bo jak tu wsadzić sobie w głowę słowa „kocham siebie“, kiedy tam jest taki tłok tych wszystkich „to twoja wina“, „jesteś nic nie wart“, „za mało się starasz“, „albo jesteś najlepszy albo jesteś do niczego“, „stać cię na więcej“, „jesteś gorszy niż inni“ itd. – głosów w głowie, które prowadzą do jednego jedynego wniosku – nie zasługujesz na miłość – i zbijają się w szczelny kordon, żeby nic nowego do tej głowy nie wpuścić? Wiadomo, to taki skrypt, według którego możesz działać całe życie, poświęcać się, ratować, nie być sobą, próbować być najlepszy, męczyć się i zamartwiać, tylko po to, żeby dostać trochę tej miłości, której dostałeś tak boleśnie za mało, kiedy jej tak bardzo potrzebowałeś, żeby usłyszeć tę Ostateczną Pochwałę, poczuć tę Wielką Ulgę, choć przecież w pewnym momencie robi się już wiadomo, że ona nigdy nie nadejdzie. Nie ma Wielkiej Ulgi, więc trzeba szukać tych mniejszych – idealnej partnerki, tysięcy lajków, alkoholu i innych rozkoszy – wiadomo, nic nie działa, nic nie wypełni tej dziury, wszystko co tam wrzucisz, przepada, a ta czarna jama ciągle krzyczy o więcej. Jak to radzą w poradnikach, jak to coachują na coachingach – nikogo naprawdę nie pokochasz, jeśli nie pokochasz siebie. Zaprawdę powiadam Ci, nikt Cię naprawdę nie pokocha, jeśli Ty najpierw nie pokochasz siebie. Amen. Tylko jak to kurwa zrobić? Jak to wszystko przechytrzyć, jak przekrzyczeć tego uwewnętrznionego rodzica, jak się wślizgnąć pod te kwadryliony ton poczucia winy, jak się przez to przebić do wolności i miłości? Bo przecież wiedziałem że można, widziałem po innych że można, czytałem że można, czułem że można. No więc jak?  

Każdy ma swoje własne prywatne oświecenie, ja swoje przeżyłem półtora roku temu w autokarze Polonus ze Szczytna do Warszawy, kiedy patrząc przez okno, w pewnym momencie, ni stąd ni zowąd – a pewnie z mnóstwa rzeczy, na przykład ponad 3 lat terapii – nareszcie POCZUŁEM – a nie tylko zrozumiałem – że wcale nie muszę kochać SIEBIE. Cały myk polegał na tym, żeby pokochać MOJE WEWNĘTRZNE DZIECKO – tego 6-letniego chłopca, który ciągle we mnie jest, który bał się kiedyś i boi teraz, który czuł i czuje się winny, porównywał się i porównuje z innymi, który się złościł, śmiał i bawił, i wymyślał, i chował się w świat swoich zabaw, i czasem dostawał tym brązowym pasem, i miał to atopowe zapalenie skóry z tych wszystkich emocji, których nie nauczył się przeżywać i wyrażać, a ono przeszło potem, z rozczulającą płynnością, w łuszczycę, już w dorosłym życiu, no i który – to przede wszystkim – bardzo, baaaardzo potrzebował czuć się kochanym i akceptowanym, a jako że czuł tego za mało, to zaczął słuchać tych głosów, które mówiły że to jego wina, że ta czerwona, swędząca i piekąca skóra to jego wina, i mówiły ciągle „uspokój się!“, bo nie ma co histeryzować, kurczę, nie ma co mówić w ogóle, bo jak się mówi to można się tylko zbłaźnić albo narazić na coś złego, twoja wina. No więc w tym autokarze Polonus poczułem, że mogę tego chłopca pokochać, że wreszcie mogę dać mu – ja! – całą tę zajebiście wielką, bezwarunkową miłość, na którą on czekał, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę. I zacząłem do niego mówić, z miłością, czułością, wdzięcznością. Bo to przecież dzięki niemu jestem taki jaki jestem, wrażliwy, delikatny, chłopięcy. Jebać wstyd, jaki poczułem pisząc te ostatnie słowa, jak przeczytał gdzieś mój terapeuta, wstyd jest płaszczem dumy, co mi się podoba, bo pokazuje że pod wstydem ta duma sobie jest, i wstyd nie jest taki znowu zły jak to nieszczęsne poczucie winy. Tak czy siak temu chłopcu, do którego zacząłem co jakiś czas mówić (w myślach albo na głos, albo na papierze) pozwalam na absolutnie każdą emocje, no bo to przecież mały chłopiec, i on mnóstwo rzeczy mocno czuje – a ja mogę go wtedy zapewniać, że przy nim jestem, że go rozumiem, że każdy na jego miejscu by zazdrościł koledze, z którym są wywiady w gazetach, że mu głupio, że się czuje winny, że jest wściekły, smutny, że… I że przy nim jestem. Że go zawsze obronię, bo wiem jak, bo jestem dorosły i wiem jak to się robi. I w ten chytry sposób każda emocja we mnie sobie spokojnie wybrzmiewa. Już ich nie muszę uciszać, wstydzić się za nie, że są nie na miejscu, że są „dziecinne“. No i zajebiście, że dziecinne! A jakie mają być? Profesorskie? 

No a wiadomo – jak emocje mogą wybrzmiewać, to nie trzeba od nich uciekać, zalewać ich, zawąchiwać, zabzykiwać czy co tam jeszcze. Nie żeby była to absolutna sielanka – oj nie! – ale w ten sposób jest duuuużo lepiej.  

A kolejny level tego myku to wczucie się w dziecko – tego małego Maciusia – które pozwala mi czuć wielką wdzięczność dla Maćka – tego trzydziestoparoletniego. Z pozycji Maciusia mogę mu podziękować, że tak się mną opiekuje, tak to wszystko sprytnie porozkminiał, i miał tyle siły, żeby dzielnie iść tą drogą, długą i wyboistą. Kto wie, może tu się trochę przydają te różne warsztaty improwizacji teatralnej, na które od jakiegoś czasu chodzę, i na których uczę się być bardzo różnymi postaciami, tak czy siak to rozszczepienie się na dwie osoby jest ekstra i bardzo polecam spróbować. To, co było dla mnie dziwaczne i niezrozumiałe – spojrzenie w lustro i powiedzenie „kocham cię“ – teraz jest zupełnie naturalne. Bo nie mówię tego do siebie. Tylko do Maciusia albo Maćka, w zależności od tego, z jakiej pozycji to mówię. 

(Jest jeszcze level rozmowy z Maciejem, tym uwewnętrznionym rodzicem, tymi głosami w głowie, ale on jest trochę creepy, choć tu też czuję czasem wdzięczność; no ale w różnych mądrych książkach tego raczej nie doradzają; piszą, żeby te głosy po prostu olewać – i o tyle w tym racja, że one nie są jednak nami, tylko czymś z zewnątrz, czymś usłyszanym od rodziców, ciotek, nauczycieli.)

No i tak. Jak kochać siebie? Tak ogólnie to nie wiem, pewnie jest mnóstwo sposobów. Ja nauczyłem się tego, kochając swoje wewnętrzne dziecko. Kładąc sobie rękę na brzuchu i czując tam tego chłopca, który z przejęciem ustawiał na kanapie armie żołnierzyków i przeciągał całymi tygodniami otworzenie wymarzonej puszki Sprite’a. I mówiąc mu cicho „kocham cię, Maciusiu“. 

Maciej Kaczyński 

PS. A na więcej historyjek o tym, jak przeżywa świat świat ten mały chłopiec w ciele dorosłego, zapraszam do mojego komiksu: Przygody Misia Klopsa.