Język miłości

Prawdziwa historia z mojej sypialni: niedawno trafiłem w niej na „Listy intymne” – pochodzące  z lat 70-tych ubiegłego wieku erotyczne zwierzenia i wstydliwe pytania, kierowane do seksuologa Lwa-Starowicza. Lektura jest intensywna, bo dokumentuje ówczesne doświadczenie seksu – różne od naszego przynajmniej w warstwie języka.

Czytając bolesne frazy o „współżyciu”, „pożyciu” i „zapaszkach” po raz 1098 zadumałem się nad nieporadnością słów, którymi próbujemy TO nazwać. Niesiony tą inspiracją, sporządziłem mały leksykon języków miłości – czyli sposobów, w jaki komunikujemy się podczas „łóżkowych igraszek” (?!).       

 

Na migi

Oczywiście najprościej jest w ogóle nie używać słów. Tę metodę wybieramy najczęściej na początku relacji, kiedy szał zmysłów i żar namiętności nieomylnie kierują naszymi ciałami na świetlistej drodze obopólnego zaspokojenia. (Przynajmniej tak nam się wydaje, czemu sprzyja stan alkoholowego zamroczenia, towarzyszący z reguły początkowi relacji). Słowa są wstydliwe i niepotrzebne; boimy się, że zepsują nastrój. Kierunek wskazują nam pomruki, jęknięcia, przyspieszone oddechy. Na ich podstawie uczymy się geografii drugiego ciała i historii jego reakcji. Przestrzeń na negocjacje potrzeb jest niewielka – przesunięcie jej/jego ręki w lewo lub w prawo albo nadstawienie odpowiedniego miejsca („no, niech to zauważy! dobra, może nadstawię jeszcze bardziej… o rany, super, zaraz mnie tam dotknie! no już, dotknij! yyyy…. dobra, ile można czekać i się prężyć, DOTKNIJ W KOŃCU!”). Kiedy powoli wybudzamy się z zamroczenia – albo nabieramy pewności siebie (na jedno wychodzi) – chcemy więcej. I wtedy na świat pościeli przychodzą pierwsze słowa.  

język miłości

Monosylabicznie

Sypialnia to królestwo zaimków. Królestwo bardzo demokratyczne: możesz być Noblistą wyróżnionym przez Komitet Meganoblistów tytułem Turbonoblisty– a i tak kotłując się pod kołdrą z drugą osobą, będziesz dukał coś o „TYM”. I że „TU?”, „Nie, nie, TU!”, „Pocałuj, no wiesz, TAM”, i „włóż GO, TAM” „TU?" "Nie, TAM!" Sory, pomóż mi Z TYM!”, „Mocniej!”, „Ała!” „Przepraszam! „Nie nie, tylko mnie zabolało TAM, ale nie, nie przerywaj”… Trochę to dziwne, trochę rozczulające, a trochę krzepiące – wszystkim nam jest równie ciężko. Patrząc z tej perspektywy, dobrze, że mamy te zaimki, bo dopiero by było słabo, gdybyśmy po 35 latach małżeństwa dowiedzieli się jakimś cudem, że przez te 35 lat powinniśmy byli dotykać „TAM” a nie „TU”, marnując w ten sposób życie partnerce, sobie, oraz naszym dzieciom, wychowanym w traumie frustracji, niespełnienia i nieumiejętnie tłumionej nienawiści.

Natomiast po uzgodnieniu priorytetów – czas na pikanterię. We wspinaczce na ten szczebel mazowieckiej kamasutry wspomagamy się z reguły znajomością języków obcych.     

język miłości 4

Po angielsku

Kiedyś, w czasach magnetowidów i kaset VHS, fantazmatycznym językiem filmów porno był niemiecki. Dziś jest nim angielski, pełen soczystych, lotnych fraz w rodzaju „fuck me, harder!”, „oh my God!” czy „it feels good when I suck your cock?”. Frazy te, przeniesione na zgniecione bólem nadwiślańskich nizin, smętne terytorium polszczyzny – żałośnieją. Owszem, dla kochanków obdarzonych poczuciem humoru rozprucie łóżkowej ciszy pociskiem w rodzaju „pierdol mnie teraz w dupę, mocno!” może być źródłem radości, ale jak pisał Milan Kundera – albo śmiech, albo seks.

To niesprawiedliwe, że oni mają te swoje mięsiste „dicki” i „cocki”, a my tylko zasmarkane fiuty i kutasy albo techniczne członki; pozostaje nam łączyć się w bezbarwnym penisie. Trochę lepiej jest z „cipką” jako odpowiednikiem „pussy”, ale – bądźmy szczerzy – tylko trochę. No nie idzie to wszystko, nomen omen – ni chuja.

Swoją drogą: po angielsku śpiewa wielu polskich artystów/artystek – i nie jest to dziwne (a przecież śpiew to ekspresja bardzo intymna!). Natomiast gdybym po zdaniach w rodzaju „Kotku, jesteś dziś taka ponętna, mam na ciebie tak straszną ochotę, kochajmy się, bo zaraz pęknę!” płynnie przeszedł do „you like when I fuck you like this?” – zostałbym z całą pewnością wykopany z łóżka. I gdzie tu logika?

Wychodzi na to, że jedynym ratunkiem jest uprawianie seksu z obcokrajowcami. Inaczej grozi nam degrengolada osunięcia się w anatomię.  

język miłości 2

Anatomicznie

To straszliwa faza, znana tylko związkowym wyjadaczom. Na oceanie łóżka panuje już martwa flauta, wichry namiętności należą do melancholijnych wspomnień. Gdzie te szalone gesty, te podniecające zaimki? Ci, którzy oglądali „Gorzkie gody” wiedzą, że wspólne pochrumkiwanie w maskach świń, owszem, naprawi sytuację – ale tylko na krótką chwilę. Znamy swoje ciała tak nieznośnie dobrze, tak doskonale wiemy, co i w której chwili nacisnąć, jak mocno i z jaką szybkością… „Kochanie, co robisz, nie zauważyłaś, że właśnie mam wytrysk? Przestań mi już drażnić odbyt i ściśnij mi proszę mosznę obiema dłońmi, tak jak lubię.” Brrr! Teraz nie wstydzimy się już słów: próbujemy precyzyjnie opisywać nimi, co dzieje się z naszym ciałem, żeby dojść w zaspokajaniu potrzeb do końca, nie pozostawić żadnej luki, żadnego niedopowiedzenia. Tylko te słowa stają się coraz bardziej wyprane z podniecenia, coraz bardziej przezroczyste. I ześlizgują się bezradnie po czymś, co tętni i pulsuje w bolesnym milczeniu.

 

Zrobiło mi się smutno, a przecież wymowa tego tekściku miała być optymistyczna: bo jeśli z miłością wszystko jest w porządku, to i język poradzi sobie z jej nazwaniem. Wytryśnie (yeah!) spomiędzy splecionych ciał w sposób, który nas zaskoczy, rozpali albo rozbawi. Bo Kundera oczywiście nie miał racji – śmiech w ogóle nie wyklucza się z seksem. A już na pewno nie wtedy, kiedy kochają się osoby, które kochają się śmiać.

 

tekst i zdjęcia: Maciek Kaczyński