Ludzie, którzy nie potrafią poruszać się po mieście.

W życiu każdego przychodzi taki moment, kiedy trzeba wyłączyć Facebooka, wstać od komputera, odkurzyć crocsy i wyjść na miasto, np. do pracy, żeby zarobić na nowe crocsy.

Ja w takich chwilach dostaję czegoś w rodzaju zespołu jelita drażliwego, tyle że nie w jelicie, ale w mózgu, bo wiem, że zanim dotrę do celu, będę bardziej wkurwiony niż moja babcia po kolejnych wybrykach miłosnych Ridża Forestera.

Dlaczego? Bo ludzie, których spotkam po drodze, mają w dupie innych i zachowują się jak pierdolone kozy na pastwisku.

 

Już po wyjściu z klatki schodowej spotykam pierwszą torpedę umysłową: sąsiadkę, której pies sra na samym środku chodnika. Pani zwyczajnie nie chce się zrobić tych kilku kroków do trawnika. Zafajdane trawniki też nie są jakieś piękne, ale po nich nikt poza dziećmi nie chodzi. Dzieci można olać, bo jak nie ubrudzą się psią kupą, to zrobią własną w spodnie. Marzę sobie wtedy, żeby kiedyś wlazła w to gówno po ciemku. Najlepiej w klapkach.

Na przystanku spotykam typa, który stoi pomiędzy innymi i pali papierosa. Też palę. Im częściej muszę wychodzić na miasto, tym więcej. Niedługo, zanim dotrę do pracy, będę kończył pierwszą paczkę. Można odejść tych kilka kroków na bok i sobie jarać spokojnie, ale typ oczywiści nie pomyśli, bo niby czym?

Kiedy podjeżdża autobus, zaczyna się moja ulubiona część. W staruszków nagle wstępują nadludzkie siły, inwalidzi zrywają się z wózków, śpiący się budzą i dochodzi do jakiegoś cudownego zrywu narodowego. Każdy widzi tylko jedną rzecz: święty Graal warszawiaka, arkę przymierza mieszczucha. Miejsce siedzące! Nie liczy się nic poza wejściem z dobrym pierdolnięciem, łokciami i pazurami.

W środku klasyka: typ obok zajmuje dwa miejsca, bo siedzi rozkraczony, jakby dostał słoniowatości jąder, inny pół drogi stuka Cię plecakiem, a do tego wszystkiego pół pojazdu wali wczorajszą imprezą jednego z pasażerów. Wszyscy są skupieni w tłoku przy wyjściach, jakby bali się, że nie zdążą, kiedy będzie trzeba. Zjawiska lasek, które już wchodząc wyciągają telefon, a potem pierdolą o niczym przez całą drogę, nie będę poruszał, bo zasługuje na oddzielny tekst (No co tam u ciebie? Taaaa, nieeee, coo tyyy, noooo nieeee, taki dłuugi? I zmieściłaś?). Plus jest taki, że żaden pies się na środku nie zesrał.

Wysiadając, jestem pewny, że napotkam mur ustawiony przez tych, którzy chcą wsiąść i mają gdzieś, że najpierw inni muszą wysiąść. Może ci wysiadający powinni uprawiać coś w rodzaju stage divingu, skakać na tłum i wydostawać się górą? A może powinno przyjść stado sąsiadek ze swoimi kundlami i nasrać im wszystkim pod nogi?

Dalej już tylko metro, czyli powtóreczka z autobusu z dodatkowymi atrakcjami na schodach ruchomych. Codziennie zastanawiam się nad witryną, na której będę umieszczał zdjęcia ludzi, którzy stoją po lewej stronie. Jakim trzeba być kałmukiem, żeby nie wbić sobie tej jednej, prostej zasady do głowy?

Po wyjściu próba dojścia do celu ulicami miasta. Tu trafiamy na spacerowiczów, którzy snują się środkiem chodnika z wyrazem tęsknoty za rozumem na twarzy. Ci mają jakiś szósty zmysł, bo nie widząc mnie, wyczuwają, którą stroną będę chciał wyprzedzać i właśnie w tę stronę skręcają. Mam głęboką nadzieję, że w tym zamyśleniu wlezą wreszcie w jakieś kupsko. Byłby z tych chodnikowych niespodzianek jakiś pożytek.

Poza tymi podstawowymi zjawiskami jest jeszcze wiele innych jak grupki przyjaciół lub zakochane parki, których miłość zajmuje całą szerokość chodnika, rozpędzeni rowerzyści, którzy przyprawiają o zawał serca (ahh, rozjechane gówno byłoby tak efektowne na ich plecach), kierowcy, którzy hamują nagle przed samymi pasami tak, że życie przelatuje przed oczami, ale nie będę się rozpisywał. Wiadomo jak jest. Sen o Warszawie, z którego budzisz się z ręką w urynale.

Myślcie o innych. Niestety, miasto to wspólna przestrzeń, w której, chcemy czy nie, musimy przebywać razem. Starajmy się to robić tak, żeby ograniczyć ilość nerwowych biegunek i depresji tym spowodowanych. I patrzcie pod nogi. Gówno nie śpi.

Patryk Bryliński