Mój dzień z sukcesem

Zapraszam do świata, w którym marzenia się spełniają, a sukces jest na wyciągnięcie ręki! Da się? Da się!

7.15 Ha! – czas rzucić świat na kolana! Jak strzała wyskakuję z pachnącej udaną nocą pościeli. Sprężystym krokiem pokonuję korytarz. Rzucam okiem na ściany – Kossak, Gierymski, Malczewski, Matejko… Szybki tantryczny prysznic (technika Wu-Czang stosowana na wyspie Czo). Upojna chwilka przed lustrem: jestem estetą i traktuję siebie jak dzieło sztuki. Z satysfakcją stwierdzam, że jestem Arcydziełem.

 

8.10 Spowija mnie już koszula z najlepszego jedwabiu, ręcznie szyty garnitur, wypielęgnowane stopy cieszą się jakościową miękkością pantofli (ostatni nabytek z Mediolanu, Prada, 45000 euro, sami przyznacie, że to grosze). Zastanawiam się nad doborem perfum – moja skóra sama z siebie pachnie tak subtelnie i cudownie, nie chciałbym tego popsuć…

8.45 Rzucam ciepłe uśmiechy służbie (lubię to uwielbienie w ich oczach, sam nie wiem, za co mnie tak kochają!), lekkim krokiem przecinam ogrody i wskakuję do mojego cacka – Maybacha 890-87 PX. Wiecie już, że mam słabość do pięknych rzeczy. Pisk opon, skrzypienie żwiru na zadbanych alejkach mojego parku – i już mnie nie ma!

9.00 W biurze zaświeciło słońce – jestem! Rozstawiam wszystkich po kątach, przydzielam zadania, wyznaczam nowe trendy. Chwilami rzucam okiem na lustro – lubię widzieć siebie tak sprawnego, tak władczego, tak dowcipnego, lubianego, podziwianego..!

9.35 Mam natchnienie. Zaszywam się na moim piętrze, i dziewiętnastowiecznym piórem Wassermana (pamiętacie, że jestem estetą?) piszę sonety do mojego nowego tomiku. To za mało. Zasiadam do fortepianu. Po kilku minutach Barkarola As-dur, nad którą pracuję od kilku dni, jest już gotowa. Dzwonię do Krystiana Zimmermana, może włączy ją do swojego jutrzejszego koncertu – bardzo by chciał, pozwalam mu na to. Maluję jeszcze autoportret – fowistyczno-fluxusowy, dobry, jestem całkiem zadowolony. Wilhelmowi Sasnalowi pokażę go pojutrze, jak wróci z Amsterdamu.

9.55 Spotkanie z klientem. No, tym razem przeszedłem samego siebie – moje dowcipy okazały się tak zabawne, że facet zesrał się w spodnie!

9.58 Prywatnym śmigłowcem kieruję się nad morze – po prostu zachciało mi się pospacerować po plaży, wsłuchać w szum fal, krzyki mew… Taki mały kaprys.

11.15 Z powrotem w firmie. Wszyscy pracują jak w zegarku. Postanawiam stworzyć od nowa markę Coca-coli, wymyślam koncernowi nową nazwę, dzwonię do ich prezesa zarządu, bez trudu namawiam go na sprzedaż 8000 fabryk. Jestem w formie.

12.46 Telefon z Oxfordu – to mój syn. Właśnie otrzymał nagrodę za najlepsze oceny w całym hrabstwie, Królowa Elżbieta przytuliła go i nadała mu tytuł szlachecki. Cieszę się; wypijam nawet kieliszek Chatau Nerval de Saint-Chemignon, Grand Cru, rocznik 1857. Wino mnie uskrzydliło. Szczęśliwi czasu nie liczą – a ja jestem szczęśliwy. Siłownia, tenis z Wojtkiem Fibakiem, przejażdżka konna, 78 nowych projektów, wizyta w spa, skok na bungee z Novotelu – no i zrobiła się 18. Czas odpocząć.

19.10 W domu. Romantyczna kolacja, wątróbki małpie w sosie z trufli i jesiotrów, świetne wino, ostrygi. Moja dziewczyna, Miss Uniwersum, jest mną zachwycona. Biorę ją na górę – czas na godzinkę jakościowego seksu tantrycznego. Przy dźwiękach piosenek Stinga doprowadzam dziewczynę do szaleństwa. Dziwię się, że można aż tak głośno krzyczeć z rozkoszy! Powoli dochodzę, widzę gwiazdy, przez głowę przelatują mi wersy Rilkego. Krzyczę. Jestem Źródłem, Fontanną Życia, Kreatorem. Omdlewam.

20.20 Moja chwila na lektury. Czytam „Fenomenologię ducha” Hegla, „Neutrony, aksony, elektrony” Chong-Wanga, „Najtrudniejszą książkę świata” Smithsa-Wessona, całego Kanta, Husserla i Platona, Łysiaka, trochę wierszy.

20.40 Dzwoni Andrzejek Wajda. Nie planowałem dziś baletów, ale ma być Romek Polański (dawno się nie widzieliśmy), Donek Tusk i ex-Benedykt XVI. No nic, przejdę się, beze mnie nie ma zabawy.

22.45 Prywatny koncert Rolling Stonsów, tylko dla nas. Rozluźniam się, dyskutuję z Mickiem i Keithem o technikach seksu polinezyjskiego. Pijemy whisky z 1789 roku i krew ludzką, raczymy się krystalicznie czystą kokainą. Chłopaki proponują mi udział w orgii, ale odmawiam – są bardzo zawiedzeni.

00.20 Z powrotem w domu. Ćwiczenia oddechowe. Długa, powolna masturbacja. To pewne – nikt nie umie mi tak dogodzić, jak ja sam. Mam wytrysk tysiąclecia! Zapadam w spokojny, łagodnie kojący moją piękną duszę sen…

Maciek Kaczyński

PS. 03:30 Chuj tam, nie mogę spać. Zwlekam się z łóżka, wciągam pożółkłe w kroku kalesony i człapię do komputera. Czas zaprojektować banerek czopków na hemoroidy i wymyślić kilka postów na fanpage serka homogenizowanego. Za oknem siąpi lodowaty deszcz, czerń zaczyna już przechodzić w brudną szarość. Siorbię łyk ohydnej kawy i wpadam na prawdziwą marketingową rewolucję: zamiast "Piąteczek! Lubicie to?" napiszmy na fanpage'u serka "Piąteczek! Łapki w górę!" Zapisuję to szybko, żeby nie uciekło. Mamy to, kolejny sukces. Da się? No tak, da się.