Natychmiast się uśmiechnij!

Po ostatnim wpisie Maćka, postanowiłem rozwinąć jeden z poruszonych przez niego tematów. Dorzucę trochę grosza od siebie w temacie ludzi wiecznie motywujących siebie i otoczenie do radości.
 

facec
Każdy z nas ma w śród swoich znajomych takiego (lub więcej), który serwuje obrazki podobne do tego umieszczonego wyżej. “Radujmy się a zmieni się świat”, “Dzień rozpoczęty uśmiechem musi być dobry”, “Myśl pozytywnie a zaraz zobaczysz efekty”, “Podejmij wybór i bądź po tej “dobrej” stronie autobusu”, et cetera, et cerevisia, et cellulitis.

 

Podążając za tą logiką, czy jeżeli będę siedział po szyję w gównie (dosłownie), ale z szerokim uśmiechem będę wpatrywał się w słońce i wmawiał sobie, że otaczające mnie ciepełko pochodzi właśnie od niego, to czy zmieni to moje położenie? O ile wiem samym patrzeniem (tym bardziej uśmiechaniem) nie można się jeszcze przenosić w żadne miejsca, więc moje położenie pozostanie takie jakie było – o kant dupy potłuc.

 
Wiem, że przykład z gatunku tych niedorzecznych i do tego prostackich, więc posłużę się może bardziej życiowym, bo nawet mi ciężko jest sobie wyżej opisaną ewentualność wyobrazić. Powiedzmy, że obudzę się rano (razem z tymi co trawniki koszą), zerwę się z uśmiechem z łóżka i ten też wykorzystam aby radośnie wyszorować zęby. Po drodze do kuchni włączę jedną z popularnych polskich stacji radiowych, która uraczy mnie wesołymi piosenkami, które to być może nie wyniosą mnie na wyżyny przeżyć muzycznych, ale będą idealne do zjedzenia zdrowego śniadania popitego koktajlem z mango i marchewki. Potem już tylko latte z chudym mlekiem wypite na balkonie (tarasie!) i można spokojnie zająć się pracą. Czy to w jakich okolicznościach się za nią – za tę pracę – zabrałem zmniejszy jej ilość lub wydłuży mi sapiące jak baby w Ikarusie nad głową terminy? Czy od tego, że maile będę wysyłał myśląc o zielonej łące po której biegają białe owieczki całe w loki, przybędzie mi pieniędzy na koncie, co sprawi, że w danym miesiącu koniec z końcem zwiąże się jak przysłowiowy skurwysyn?
 
Czy to działa na innych? Wychodzę taki rozanielony, naładowany motywującymi obrazkami na ulicę. I idę! Idę taki, że aż normalnie kwiaty wyrastają gdzie stopę postawię. I taki kontent, że aż nie mogę, posyłam uśmiech bezdomnemu. I on mi ten uśmiech odwzajemnia i wszystko się zmienia!
 
No nie. Nic się nie zmienia. On jest smutny bo zżera go śmiertelna choroba a do tego nie ma ani domu ani kasy ani nawet co do ust włożyć. Jeżeli nic nie robisz dla ludzi takich jak on, jeżeli ich nie wspierasz oddając niepotrzebne ci rzeczy lub kilka groszy miesięcznie do instytucji, które im je przekażą, to w wyżej opisanej sytuacji, możesz sobie swój uśmiech i zadowolenie głęboko do walizki schować. A walizkę do dupy. To samo dotyczy twojego życia.
 
Być może są tacy, którzy potrafią swoim uśmiechem zmienić swoją lub czyjąś sytuacje życiową i jeszcze kilka biednych piesków nakarmić. Szeroko, szeroko się uśmiechać aż kąciki ust strącą serdelki z kiełbaskowego drzewka i wtedy pieski się najedzą. I też się uśmiechną – jak to pieski. Ja tego nie potrafię. Jeżeli mam problemy to się nimi martwię. Normalna ludzka rzecz odrobinę niemodna w opanowanym kultem radości i sukcesu świecie. Szczerze powiedziawszy to nawet tego nie mam zamiaru robić. Chcę mieć świat taki jakim jest a nie wybierać jego pozytywne strony. Co to za życie kiedy zatykasz uszy, zaklejasz jedno oko? Wszystko, żeby tylko tych niewygodnych do twojej wizji świata rzeczy uniknąć! 
 
Tylko że tu nie działa dziecięca zasada “Jak ja nie widzę, to to nie istnieje”.
 
Nie chodzi też o to, żeby być tym drugim, zdołowanym facetem z obrazka. Napierdalać jakie wszystko jest złe i do dupy. Ci też są irytujący, choć do nich mi w głębi ducha bliżej. Chodzi o to żeby siedzieć na środku i widzieć obydwie strony. Życie nie jest ani dobre ani złe. Tak staram się je odbierać. Czasami jest ciężko, emocje ponoszą w tę lub inną stronę, ale jest to naturalne. Jak mam powody to się cieszę, jak spotka mnie coś złego, to jestem zły albo smutny. Czasem popadam w euforię a innym razem w nieracjonalną złość. Wychodzi to ze mnie a nie z obrazków w internecie i z tego że sobie to wmawiam – bo tak lepiej, bo pani psycholog w poradniku radziła.
 
Lubię kiedy widzę, że ktoś z moich znajomych napisze: “Jestem szczęśliwy bo…”, ale kiedy widzę kolejną uśmiechową indoktrynację zaczynam źle myśleć o udostępniającej to osobie. “Uśmiechnij się, wyluzuj a zobaczysz, że wszystko będzie lepiej!” – czekaj, czekaj, uśmiechnąłem się i… nic poza wyrazem mojej twarzy się nie zmieniło.
 
Tak więc zamykam przed wami drzwi, internetowi domokrążcy od motywowania szczęściem. Idźcie gdzie indziej ze swoimi uśmiechami, które się wam opłacają. Ja podziękuję, ale spokojnie – znajdą się tacy, którzy wezmą powiększone zestawy.