Państwo Idealscy

Świat opanowali ludzie perfekcyjni. Tłumy dołączają do ekipy Idealskich, czyniąc swoje życie optymalnym – w każdym razie na to wychodzi, kiedy przegląda się internet.

Kto to zaczął? Nieoficjalna wersja, krążąca po klubach pilates, mówi, że Krzysiek Ibisz, a ja jestem w stanie w to uwierzyć. Podczas gdy na moim zegarku (w komórce oczywiście, bo siedmiomelodyjkową Montanę z komunii dawno utopiłem, sprawdzając jej wodoodporność) czas leci tak, żeby wszystko utrudnić, Krzysztof jako pierwszy w Polsce w niewiadomych okolicznościach stał się posiadaczem zegarka odliczającego czterdziestoośmiogodzinne doby, co nie dość, że powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni, to jeszcze dodatkowo go odmładza. W dwa dni gościu jest młodszy o 96 godzin, a to oznacza, że ma tyle czasu, że bicepsy robi cztery razy dziennie.

Brnąc w swoim dochodzeniu, doszedłem do wniosku, że Krzysiu zaczął importować te cacka do Polski i teraz robi na nich interes. Skąd to wiem? Po pierwsze: ma kasę, której nie mógł zarobić ani na swojej książce, którą sprzedaje się na kilogramy obok włoszczyzny, ani na tym jednym teleturnieju, który emitowany jest o czwartej nad ranem, bo nikt, kto nie ma ciężkich problemów z bezsennością, nie jest w stanie go oglądać. Po drugie: na Facebooku, równie szybko jak blogerki modowe, pojawiają się kolejni Idealscy i zatruwają innym życie swoją zajebistością.

Jak wygląda doba Pana Idealskiego lub Pani Idealskiej? Pierwszy status pojawia się już o świcie razem z pierwszymi staruszkami wyruszającymi po numerek do przychodni. "Dzieńdobry! Ten piękny dzień trzeba zacząć joggingiem! :)))". Ten piękny dzień to jeszcze noc, a w dodatku listopadowy poniedziałek, ale może tylko w moim kalendarzu. Chwilę później pojawia się status, dokumentujący całą pokonaną trasę, która wynosi tyle co z Warszawy na Kabaty i z powrotem, czyli tyle, ile przebiegłem na wszystkich wuefach w swoim życiu. Potem jest wyprawa na ekobazar i śniadanie przygotowane na parze, zjedzone z najlepszymi przyjaciółmi, którzy również posiadają Ibiszowe zegarki. Do południa Osoba Idealna ma za sobą trzy udane prezentacje, wizytę u dermatologa, brunch w modnym miejscu, spacer z psem i motywującą rozmowę z przyjacielem z Gruzji. Mnie udało się wstać, wkurwić i spóźnić do pracy.

Reszta dnia Idealskich upływa spokojnie na kolejnych sukcesach. Idąc za tym, co pojawia się na ich facebookowych profilach, stwierdzam, że mają wystarczająco dużo czasu, aby jednocześnie: czytać kilkanaście książek miesięcznie, zaliczać nowości kinowe w dniu premiery lub jeszcze przed nią, śledzić nowości płytowe we wszystkich gatunkach muzycznych oraz bywać na koncertach, grać na konsoli, malować, testować nowe przepisy kulinarne, spotykać się ze znajomymi w nowych ciekawych miejscach, podróżować, wychowywać trójkę dzieci, być w cudownym związku, robić karierę i codziennie znaleźć ten jeden moment tylko dla siebie, aby się zrelaksować po pełnym fantastycznych przygód dniu. Potem tylko skrobnąć coś na bloga (np. Kilka porad na temat tego, jak skutecznie zarządzać swoim czasem) i można się przespać. Na zegarze dopiero 22:30.

Był taki moment, że i ja prawie dałem się nabrać Krzyśkowej Ekipie Idealskich. "Człowiek taki nie jest, żeby nie ogarnął" – pomyślałem i czym prędzej wziąłem się za siebie. Niestety, nie wiedziałem wtedy jeszcze o tych jebanych zegarkach, tak więc szybko przekonałem się, że aby robić to wszystko, muszę wykonywać kilka czynności naraz. To jednak okazało się co najmniej nieskuteczne, bo wyobraźcie sobie, co wypisuje w służbowym mailu facet, któremu do uszu sączy się audiobook Bukowskiego, albo co mówi jego żona po tym, jak ten wraca o północy do domu, zmęczony po tych wszystkich rzeczach, które postanowił popełnić w jeden dzień, oświadcza jej, że jutro, kolejny dzień z rzędu, nie ma dla niej czasu, a wszystkie pieniądze – niestety – wydał na książki, winyle, kurs garncarstwa i wycieczkę śladami Dalajlamy.

I wiecie co? Pierdolę to. Wysiadam z tego życiowego Pendolino. Za stary jestem na takie numery i za mądry, żeby się Krzyśkowi i jego naśladowcom dać za nos wodzić. Nie mam zamiaru żyć w ciągłym poczuciu winy, że mogłem zrobić więcej. Ciągle powtarzać sobie, że życie jest za krótkie, więc muszę się na nie rzucić jak baby na świeżą dostawę w lumpeksie. Nie mam zamiaru zamęczyć siebie i swoich bliskich, żeby być szczęśliwym, idealnym, nowoczesnym człowiekiem.

Nie wiem, czy Idealscy to prawda, czy wyłącznie prawda internetowa – i już mnie to nie interesuje. Nie posiadam magicznego zegarka, a moja doba trwa tylko 24 godziny i chcąc nie chcąc czasem muszę robić tak przyziemne rzeczy, jak umycie wanny czy czekanie na autobus, co też zajmuje trochę czasu.

Zdaje sobie sprawę, że wielu odbierze to jako słabość czy usprawiedliwianie siebie. I nie ma sprawy. Ja tam czuje się silny, od kiedy do tego doszedłem. I kiedy po ciężkim tygodniu spędzam słoneczną sobotę na kanapie oglądając mecz zamiast biegać czy czytać dzieła zebrane Gombrowicza – nie mam do siebie ani odrobiny pretensji. Wiem dobrze, że gdybym w tym momencie biegał albo czytał, zadręczałbym się tym, że zbyt pobieżnie śledzę rozgrywki Bundesligi. Albo, albo. Jest wiele sposobów, żeby skończyć na odwyku lub w ciężkiej depresji – nie mam zamiaru dokładać sobie kolejnych. Jest  22:30, skończyłem tekst i nie mam zamiaru robić dziś już nic pożytecznego. Może poza spaniem.

 

Patryk Bryliński