Raj tuż za rogiem. 11 sposobów na zepsute wakacje

Zima spowija już prasłowiańskie ugory warstwą biało-brudnej, umęczonej brei. Tysiące z nas korzysta z dobrodziejstw tanich lotów, uciekając przed rozpaczą i chłodem duszy na dziewicze plaże Azji Południowo-Wschodniej. Tam, w raju nietkniętym stopą białego cżłowieka, razem z setkami tysięcy Rosjan i Niemców, pośród szczęśliwych, wiecznie uśmiechniętych tubylców, którzy uwijają się wśród nas w urokliwych, wielokilometrowych kompleksach all-inclusive, nieodwracalnie dewastujących ich kraje, zaznajemy ukojenia, wrzucając na fejsbuka dziesiątki zdjęć, od których kolegom w biurze (wyjeżdżającym w identyczną podróż za tydzień) ma się zrobić przykro. Tak wielkie nasycenie szczęścia może być jednak nieznośne dla naszych zbolałych organizmów, przyzwyczajonych do samoudręki i poczucia winy, uszczypliwości szefa, widoków osiedli na przedmieściach, ochalpywaniania brudną paćką przez samochód, połajanek starszych kobiet w kolejce w supermarkecie – itd, itp. Co więc zrobić, aby nawet w raju przywrócić homeostazę i harmonię życia w bólu? Oto garść niezawodnych wskazówek o co możemy się obwiniać, aby popsuć sobie wakacje! 

1. Oczekuj raju i bądź zdruzgotany tym, że go nie znalazłeś. Zacznijmy od klasyka, który tylko dla nowicjuszy może być nowością. A więc – pamiętajmy! Jedziemy do tych miejsc z pocztówek i folderów biur podróży! Udajemy się dokładnię na tę białą, pustą plażę, którą obmywają, delikatne, turkusowe fale; z przechylającej się uwodzicielsko palmy przed chwilą upadł na piasek soczysty, smakowity kokos; jak wspaniale będzie spędzać błogie dni w takiej dziczy, niczym Robinosn Cruzoe albo Tom Hanks w Cast Away! Jak jest naprawdę wie każdy, kto mocno napocił się, żeby wykadrować zdjęcie tak, aby nie było widać przepełnionego śmietnika, setek leżaków wokół, brązowych, twardych grud, udających piasek, stert ostrych kamieni udających niewiadomo co i srającego akurat tuż obok psa. Uff, udało się, blur, winietki i filtry zrobią resztę. Na szczęście na zdjęciu nie słychać 3 różnych piosenek Boba Marleya, dobiegających z okolicznych barów. 
 

2. Oczekuj nieustającego relaksu i obwiniaj się, że trwa on tylko 10 minut. Wizja jest jasna: dłuuuugie godziny spokojnego, a jednocześnie natchnionego bezruchu, oddanie się szmerowi wody, promieniom słońca, głaszczącym skórę, wolność od przyziemnych problemów, dotarcie do prawdziwego siebie itd. Jeśli po 10 minutach takiego leżenia zaczniesz denerować się pracą albo tym, że mógłbyś pojechać na wycieczkę, zamiast tak leżeć jak kretyn i tracić wakacje – uznaj, że coś jest z tobą głęboko nie tak i nie umiesz cieszyć się życiem.
 

3. Zawsze miej lepsze pomysły na to, co teraz robić. Kiedy na drugi dzień pojedziesz na tę wycieczkę w głąb wyspy, zamartwiaj się, że zamiast tracić wakacje na jakieś jeźdżenie autobusami i łażenie przez haszcze jak kretyn, mógłbyś leżeć na rajskiej plaży i zaznawać boskiego relaksu.
 

4. Kłóć się z towarzyszem podróży. Co zrobić z napięciem, które nieuchronnie wiąże się z podróżowaniem? Wiadomo: rozładować je na osobie, z którą podróżujesz. Wykorzystaj jakąś błachostkę w stylu "co kupujemy w sklepie" ("no i kupiliśmy to ciasko, a ja chciałem tamto, czemu zawsze staje na twoim, czuję jakby moje granice w ogóle nie istniały, to wszystko nie ma sensu, niszczysz mi życie, nienawidzę cię") aby sobie trochę ulżyć i przy okazji zmienić najbliższe godziny dni w pełne złości, agresji, wyrzutów sumienia i poczucia straconych wakacji piekło.
 

5. Po godzinie, kiedy kiedy już się pogodzicie, miej do siebie pretensje o to, że się kłócicie. Inni na pewno się nie kłócą. NA PEWNO.
 

6. Nie dbaj o siebie. Przy okazji przykładu z ciastkiem: potraktuj wakacje jako obowiązek sprawiania przyjemności osobie, z którą podróżujesz. A więc: "co dziś chcesz robić? na co masz ochotę? nie, nie róbmy tego co ja chcę, zróbmy to co ty chcesz!" Jeśli partner(ka) chce jechać w głąb wyspy, a ty marzysz o leżeniu na plaży – ZA ŻADNE SKARBY TEGO NIE MÓW. Przecież liczy się tylko to, że on(a) chce jechać w głąb wyspy! Prawdopodobnie chce tam jechać bo myśli, że to ty chcesz tam jechać, podczas gdy on(a) chce leżeć na plaży. Napięcie wzrasta, młot złości unosi się złowrogo nad palmy, niebawem spadnie na nie z głuchym hukiem. A to dlatego, że masz do siebie pretensje o to, że nie dbasz o swoje potrzeby. I ktoś musi za to zapłacić.
 

7. Nikomu nie ufaj i zamęczaj się z tego powodu. Wiadomo: jesteś dojną krową, którą wszyscy wokół chcą wydymać. Kiedy ktoś się do ciebie uśmiechnie – natychmiast przejdź na drugą stronę ulicy. Tam miej do siebie pretensje, że jesteś tak zamknięty na innych i na pewno coś z tobą nie tak, czy to przez dzieciństwo pod presją, czy przez to że w Polsce jest tak mało słońca, czy zabory, wybicie inteligencji, koszmarną architekturę, a może wszystko po trochu.   
 

8. Ufaj wszystkim (żeby przełamać pierwotną nieufność). Ufnie daj się namówić na zajebiście drogi i zupełnie ci niepotrzebny masaż uszu. Obwiniaj się o swoją ufność i powtarzaj sobie, że na całym świecie tylko ty jeden dałeś się tak naciągnąć.
 

9. Bądź przekonany, że inni mają inaczej. Skoro jesteśmy przy innych: oni na pewno umieją cieszyć się życiem i wysysać sok z owocu wakacji do ostatnich kropli. Patrz na nich, uśmiechniętych, opalonych, i zakopuj się 300 metrów pod mentalną ziemią, nie widząc tego, że ani nie tacy oni opaleni, ani ty nie taki blady.
 

10. Wymagaj od siebie wysokich lotów i zamęczaj się własną przyziemnością. Wakacje to czas, aby bez rozproszenia codziennością, czerpać – w końcu! – ze świata to co najlepsze. Kiedy na nadmorskim spacerze zacznie ci chodzić po głowie piosenka Robbiego Williamsa – zgań się za to i wrzuć do głowy "lepszą" piosenkę; kiedy widok lokalnego dzieła sztuki nie wywoła w tobie nirvany i zrozumienia wszechświata – miej o to do siebie pretensje, napnij pośladki i zmuś się do głębszego odczuwania. Kiedy przy kolacji złapiesz się na rozmowie o jedzeniu, a nie o wpływie Jakoba Böhme na młodego Hegla – najlepiej po prostu uderz się w twarz.   
 

11. Znienawidź się za to, że ostatniego dnia nie zrobiłeś nic szalonego. Presja Ostatniego Dnia – kiedy powinno zdażyć się Coś Wielkiego (niesamowity tantryczny seks z 12 orgazmami wszystkich czworga uczestników, impreza z 3 kilogramami kokainy, skok na makaku do morza) jest praktycznie nie do udźwignięcia. Mimo  to – próbuj ją udźwignąć, a kiedy się nie uda – obwiniaj się o to, że jesteś sztywniakiem, że życie ci ucieka a ty nie umiesz go łapać, że mogłeś być lordem Byronem, a jesteś inżynierem Karwowskim, że miało być Morze Sargassowe, jest Zalew Zegrzyński, zalew pały, zalew deszczu ze śniegiem.

Po tej wyliczance (dość pobieżnej – rzeczywistość jest dużo gęstsza!), czas na pozytywną puentę. To wbrew pozorom nie jest kolejny tekst o tym, że wakacje nas rozczarowują i w ogóle, beka z januszów na all-inlcusive. To tekścik o tym, że wolny czas pośród słońca i palm nie oznacza wolnego od nerwów raju – ale żeby z tego powodu się nie obwiniać.

Piszę te słowa, leżąc w słońcu, pod palmą, przy basenie. Co parę minut myślę o tym, że zamiast tu leżeć, powinienem jechać na rowerową wycieczkę wgłąb lądu, że jutro wracamy a nic aż tak szalonego się nie wydarzyło, że praca i co dalej, że robak chodzi po ramieniu i trzeba strząsnąć, że powinienem był czuć więcej, patrząc na te malowidła sprzed tysiąca lat, że ranka piecze i trzeba posmarować maścią, że kiedy kolejny wyjazd i gdzie, ale co z pracą, a co ci ludzie na leżakach obok się tak śmieją, że jak ja wyglądam i może zmienię tę pozycję, że w głowie znowu kiepska piosenka i gdzie ten boski spokój z pocztówek – i piszę to dlatego, żeby się o to wszystko nie obwiniać, bo tak jest, bo inni też tak pewnie mają, a jak nawet nie, to ja tak mam i to wystarczy – nikt nie patrzy, nikt nie wymaga, nikt nie ocenia – że wszystko jest dobrze, i żeby się trochę od siebie odpierdolić. Innymi słowy, być dla siebie dobrym.

Czego sobie i Wam wakacyjnie życzę.

(A słońce i palmy zrobią resztę. Raj jest tuż za rogiem.)

Maciej Kaczyński           

PS. Raj NAPRAWDĘ był tuż za rogiem. Po skończeniu pisania skręciłem za ten róg i zupełnie przypadkowo trafiłem do przytułku dla zwierząt, gdzie żyje sobie 500 (!!!) chyba szczęśliwych, a na pewno najedzonych i miłych kotów.

   WP_002589