Wielkomiejski zwierzyniec imprezowy

Dziś po przebudzeniu większość z nas stwierdziła zapewne trzy fakty: to, że kolejny tydzień marnowania sobie życia w chujowej pracy właśnie dobiegł końca, to, że Jarek Kaczyński nadal nie urósł ani centymetra, oraz to, że jest piątunio, więc będzie pite i tańczone.

W piątunio pije się lepiej niż np. w poniedziałek, bo nie ma wyrzutów sumienia. Piątunio usprawiedliwia wszystko, nawet picie u-bootów.

Poza tymi kilkoma osobnikami, którzy mają już dosyć innych lub żyją w szczęśliwym związku ze swoim komputerem, wszyscy dziś wylegną na wszelakiego rodzaju imprezy, aby pokazać lamusom z Warsaw Shore, co to znaczy melo w wielkim mieście i jak się zarywa gałgany.

 

Miasto nocą jest dżunglą, Ty jesteś Tonym Halikiem, a imprezy to test na sztukę przetrwania. Jako weteran poniewierki w balecie posegregowałem dla Was i Waszych potomnych typy żyjątek, jakie dane nam będzie dziś i jeszcze wiele razy spotkać przy wodopojach. Czytajcie zatem głosem Krystyny Czubówny.

Paw Szafiarek – w dzieciństwie mama zawijała mu kanapki w strony wyrwane z czasopism modowych i od tej pory coś mu pod sufitem nie ecie-pecie. Patrzysz i zastanawiasz się, czy przypadkiem nie trafiłeś na imprezę halloweenową, bo gościu – chcąc się modnie ubrać – tak docisnął, że zwyczajnie się przebrał, więc wygląda, jakby spierdolił się ze schodów ruchomych  w H&M-ie. Wydaje się, że przez całą imprezę tańczy, siedząc na kanapie, bo cały czas poprawia swój jedwabny szal i pasiaste badejki z demobilu.

Hiena CENTkowana (Centuś) – czyli Mistrz kamuflażu. Atakuje niespodziewanie wszędzie tam, gdzie można załapać się na darmowego szota, papierosa lub narkotyki. Znika tak samo nagle, jak się pojawił, kiedy tylko skończy się promocja happy hours. Osobniki tego gatunku w stanie finansowej hibernacji potrafią przeżyć miesiąc w stolicy za niecałe pięć ziko.

Leming Wędrowny – po trzech minutach siedzenia w jednym miejscu zaczyna zbierać stado, aby przenieść się do innego miejsca, a reszta lemingów za nim leci, jakby w innym miejscu miało zdarzyć się coś więcej niż siedzenie, popijanie wódki piwem z kija i gadanie o tym, kto kogo zmacał na wyjeździe integracyjnym. Nie ma takich warunków, które by mu odpowiadały, więc jeżeli pozwolimy mu dowodzić, noc spędzimy na ciągłej migracji od klubu do klubu, a następnego dnia zamiast oczekiwanego kaca będziemy odczuwać jebane zakwasy.

Gorilla Sterydowa – prawdopodobnie przez całą podstawówkę siedział w ostatniej ławce lub do ósmej klasy był wzrostu siedzącego jamnika, więc jego życiowym celem jest być zauważonym. Impreza to jego rykowisko. Działa stadnie z sobie podobnymi. Pół nocy informuje wszystkich o tym, komu kibicuje, waląc się pięściami po klacie i drąc ryja, jakby mu matka ulubiony szalik z różowymi rzeczami wyprała. Po tej części zazwyczaj szuka jakiegoś mniejszego samca, żeby mu wpierdolić za to lub tamto.

Koala Kanapowy – przychodzi spizgany tak, że ledwo na oczy widzi, instaluje się w kącie i przez cały wieczór – co chwila popalając – ogląda kolorowe wizualizacje z Winampa [*]. Pozytywny gość. Nie wymaga zbyt wiele od imprezy, bo choćby całą noc siedział z babcią i młodszą siostrą, a z głośników leciałoby jęczenie Artura Rojka – dla niego będzie to i tak klepa roku, YOLO i SWAG w jednym.

Surykatki – łatwo je namierzyć w każdym klubie. Samice, którym wydaje się, że przyszły kopulować, bo wbiły się we frymuśne ciuszki. Poruszają się stadem. Korzystają z tak zwanego cheerleader effect, co oznacza, że w grupie wszystkie wydają się ładne, ale jeżeli je rozdzielić, nie wypadają już tak dobrze. Cała ich seksualna energia idzie w taniec, picie kolorowych szotów, trzymanie koleżankom włosów, kiedy tamte wymiotują, i ciągłe krzyczenie “łuuuuuuuuuu!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: “Chciałabym, ale trochę się boję!”.

Słowik Jutiubowy – najczęściej występuje na tak zwanych domówkach. Ma najlepszy i najbardziej wysublimowany gust muzyczny, co postanawia w pewnym momencie baletu wszystkim pokazać, podlatując do sprzętu grającego i puszczając coś, co wszystkich wkurwia. Typ klubowy, kiedy jest już dobrze napoczęty, ma w zwyczaju zatruwać DJ-owi życie, dopraszając się o puszczenie Czerwonego jak cegła lub Marchewkowego pola.

Jestem świadom tego, że wiele gatunków pominąłem, więc nie czujcie oporów i w komentarzach rozwijajcie ten wątek. I tak dziś już nie zrobicie w pracy nic pożytecznego. Miłego weekendu i do zobaczenia na mieście.

Patryk Bryliński