Wyloguj się do życia

"To jest prosty odruch. Budzę się rano, zaczynam od fejsbuka. W 2014 marzę o życiu bez internetu."

Tekst Małgorzaty Halber

O życiu, w którym nie boję się, że nie nadążę.

Jednym z czarnych bohaterów 2013 okazał się Sokół. Odsądzony od czci i wiary za kampanię, którą firmował wraz z Jakubem Żulczykiem. Kampanię, która dała nam hasło „wyloguj się do życia“, będące w języku potocznym odpowiednikiem „a łyżka na to niemożliwe“ sprzed paru lat. 

Argumenty padały zazwyczaj te same. Że Sokół jest właścicielem Prosto, jeszcze w 2012 roku najpopularniejszego kanału na polskim youtubie, że sam ma quasiartystyczny instagram ze zdjęciami kątów (zresztą moim zdaniem wspaniały i przewyższający poziomem wszystkie prace z konkursu Samsunga w CSW) , że dlaczego akcja ma swoją stronę na fejsie. Ale sprzeciw przede wszystkim dotyczył niezrozumienia zjawiska, stawiania jasnej opozycji – zły internet=spleśniała pizza, podkrążone oczy, ciemny pokój – dobra piłka nożna=świeże powietrze, koledzy, rumieńce, Trzecia Rzesza.

 

Bardzo ostożnie zabierałam głos w tej dyskusji. Debatowanie nad formą kampanii w stylu „Sokół zarabia tyle pieniędzy na internecie a teraz zachciało mu się być dobrym wujkiem za pieniądze Z MINISTERSTWA“ za bardzo mnie nie interesuje. A co ważniejsze: mam poczucie, że Sokół i Żulczyk mają rację. Miałam je od samego początku, zanim jeszcze opinia publiczna wydała ostateczny sąd o całej akcji. Bo mnie to zjawisko dotyczy. Z całą pewnością korzystam z internetu w sposób niezdrowy.

 

W tym roku pierwszy wakacyjny wyjazd z miasta był dla mnie szokiem, ponieważ nie siedziałam przez 4 dni na fejsbuku. Świeciło słońce, kwatera znajdowała się w oszałamiającej bliskości polskiego morza, w autobusie jadącym do Babich Dołów słuchałam niesamowitych historii. Chodziliśmy z narzeczonym wzdłuż plaży dla samej czynności chodzenia i łapaliśmy kawałki zdań wypowiadanych przez rzekę ludzi (w Sopocie to serio jest rzeka), które stworzyłyby same w sobie wspaniałą płytę typu nagrania terenowe (ang. field recording). Maciej nazwał to Radio Świat. To jest już gotowa nazwa dla pracy/instalacji, czy innej realizacji pomysłu, który naszym zdaniem mówiłby bardzo wiele o charakterze rzeczywistości, relacji międzyludzkich, niezborności komunikacyjnej, alienacji i tu już mogłabym zacząć używać tych określeń z tekstów kuratorskich.

 

Ale nie zrobimy tego.

Ponieważ ostatecznie wyda nam się to słabe. A może nawet nie słabe, tylko będziemy zbyt mało przekonani do swojego pomysłu, bez wewnętrznej pewności, że mamy prawo robić takie rzeczy, ponieważ on pracuje w agencji reklamowj a ja jestem laską z telewizji, a w ogóle to trzeba zrobić remont i iść do pracy. I nasz smutek, frustrację i bezsilność, nawet maluśką, przykryjemy natychmiast, NATYCHMIAST otwierając laptopy. Każdy swój.

Nie zrobimy tego, bo będziemy siedzieć w internecie.

 

To jest prosty odruch. Nie wiem co zrobić. Budzę się rano, otwieram laptopa. Zaczynam od fejsbuka, najpierw powiadomienia, potem artykuł z Huffington Post o sama już nie pamiętam czym, bo najwyraźniej nie jest to ważne, trzy statusy o zmianie opon na zimowe ale przede wszystkim w pewnym momencie trafiam na jakąś dyskusję z kategorii „dziedzina na której się znam, ale wydaje mi się, że nie do końca“. Czytam kłótnię. Nie zabieram głosu w dyskusji, bo się boję. Nie znam się tak jak Wojtek, rzucający nazwiskami filozofów i wynalazców silnika. Daję tzw. ciche lajki osobie, która wypowiada sąd bliźniaczy do wyznawanego przeze mnie. Wieczorem opowiem o tej kłótni narzeczonemu. Odchodzę od komputera z przekonaniem, że tak strasznie mało wiem. Że nie znam się na Biblii i aplikacjach. Może być gorzej. Natrafiam na komentarz, w którym jestem wymieniona z imienia i nazwiska. Komuś nie podoba się montaż ostatniego odcinka mojego programu. Jest to kwestia, umówmy się, naprawdę nie najistotniejsza. Robienie z niej w swojej głowie narcysytycznej katarynki, podważającej wszystko WSZYSTKO jest moją (i również mojego ukochanego Kocinka) specjalnością. Potrafię wykorzystywać internet do szukania tych treści. Przecież wiem kto o mnie źle napisał, czemu nie spędzić dodatkowych kilkunastu minut na fajpejdżach czy stronach, na których wcześniej znalazłam negatywne komentarze. Czemu potem nie mieć czym zatruwać sobie głowy przez godzinę w ciągu dnia.

 

Zaczyna się niewinnie.

Zaczyna się tak, że muszę sprawdzić „coś z pracą“ – wiadomość na fejsbuku, w sprawie potwierdzenia imprezy albo nagrań. Ale przecież zawsze COŚ KLIKNĘ. ZAWSZE. I pod tym jest komentarz. I ja go przeczytam. I ten następny też.

 

Wyjechaliśmy drugi raz na wakacje. Wróciłam zachwycona nie Portugalią, ale tym, że nie miałam dostępu do internetu przez tydzień. W tym czasie moja głowa się przewietrzyła. Skupiałam się na czytaniu  książek na przemian. Czułam, że mam w głowie o wiele więcej  przestrzeni, bo skupiam się na jednej rzeczy. Że nie zastanawiam się w jaki sposób ta moja myśl zostanie odebrana (czytaj:skomentowana), tylko że ona tam jest i siedzi i jest moja. Że jestem skoncentrowana. Że same myśli są wolniejsze i spokojne. Po raz pierwszy od dawna zrobiła mi się w głowie przestrzeń na tyle duża, że wymyśliłam projekt koszulki do wyhaftowania. A haftowanie koszulek sprawia mi o wiele większą przyjemność niż czytanie komentarzy w internecie.

 

Kiedy tylko ktoś, tak jak Sokół, mówi mi o ograniczeniu internetu, od razu się buntuję. Jak każdy kto słyszy o zdrowym trybie życia, o tym  że trzeba się dobrze odżywiać produktami od lokalnych dostawców oraz ćwiczyć.

Lubię powtarzać, że jedną z największych zdobyczy ludzkości jest to, że można korzystać z komputera leżąc w łóżku.

Ale ostatnio korzystałam z komputera leżąć w łóżku, oddając się moim ulubionym czynnościom: sprawdzaniem profili kompletnie nieznanych mi ludzi oraz stron które subskrybują, przeglądaniem ogłoszeń w kategorii żywe zwierzęta na allegro oraz średniowiecznych obrazków i zorientowałam się, że robiłam to, z przerwami oczywiście, przez cały dzień. Wyjście z domu było trudnym, przeciągającym się procesem. A przede wszystkim złapałam się na myśli, absurdalnej przecież, że boli mnie głowa i nie mogę się doczekać aż posprawdzam wszystko w tym internecie i będę mogła poczytać książkę. Albo chociaż poleżeć w ciemności bez żadnego bodźca i pomyśleć.

 

 

Wczoraj pomyślałam, że jestem bardzo zmęczona i potrzebuję odpocząć. Właśnie skończyły się święta i weekend. Jestem zmęczona, potrzebuję odpocząć i w związku z tym, nie włączam dzisiaj internetu. Spokojnie nastawię pranie i kiedy poczuję ten moment zdenerwowania i pustki, który w naturalny sposób kieruje moimi dłońmi do odpalenia fejsa na telefonie albo komputerze, to wyjmę jedną sztukę prania. Może coś narysuję. Może upiekę. Strasznie dawno nie gotowałam.

 

Zdałam sobie sprawę z tego, że to nie jest ważne, że muszę być ze wszystkim na bieżąco. To nie jest tak, że jak nie przeczytam kolejnej kłótni na fejsie, to ominie mnie coś co powinnam wiedzieć. Bo to jest ten lęk, że pojawi się jakieś nazwisko, nazwa, których nie znam, a znają je WSZYSCY. I nie będąc na bieżąco zrobię z siebie pośmiewisko. Więc muszę czuwać. Muszę czuwać na fejsie żeby wyławiać te nazwy, te rzeczowniki, które powinnam znać.

 

Dam sobie dyspensę. Mam na półce „Pochwalę głupoty“ Erazma z Rotterdamu. Może to jest ten moment kiedy powinnam ją spokojnie poczytać. Żeby upewnić się, że nie muszę wszystkiego wiedzieć. Kiedy się znowu zdenerwuję zrobię pompki. Pójdę na mikrospacer. Muszę pisać to wszystko bo odczuwam niepokój, że nie będę w łączności z ludźmi. A zapomniałam, że mam telefon. Mogę wysłać esemesa. Mogę – o jezu – zadzwonić. Do tych samych osób, z którymi czatuję.

 

Ale przede wszystkim najpierw piszę tekst. Do internetu. O tym, że jestem zmęczona korzystaniem z internetu. 

 

Małgorzata Halber