Zmemłana podróż z Egiptu do Argentyny

Delikatnie sprawę upraszczając, życie dzieli się na dwie części:

chujnie i podróże.

Nic tak nie rozprasza i jednocześnie nie cieszy człowieka, jak myśl o zbliżającym się urlopie i związanym z nim wyjeździe. W środę wyjeżdżam, więc od kilku dni chodzę zakręcony tak, że ledwo daje radę skupić się na oddychaniu. Przy okazji naszło mnie na wspominanie kilku dotychczasowych wycieczek i przypomniała mi się jedna, bardzo wyjątkowa i tylko z perspektywy czasu zabawna.

Tak się złożyło, że jedną z najfajniejszych podróży w życiu odbyłem służbowo. Pracowaliśmy wtedy z Maćkiem nad dwoma spotami telewizyjnymi. Jeden z nich kręciliśmy w Egipcie, a drugi w Argentynie, więc bezpośrednia odległość z jednego planu do drugiego wynosiła jakieś 13 tysięcy kilometrów z górką. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że tego dnia, kiedy skończyliśmy zdjęcia w Kairze, strasznie się najebaliśmy – jak to po zakończeniu zdjęć bywa – i w podróż wyruszyliśmy ledwo żywi. Żeby było jeszcze prościej, wszystko, czego się nie dotknęliśmy, szło nam jak czytanie “W pustyni i w puszczy”.

Na dobry początek spóźniła się taksówka. Kiedy już przybyła i gdy ruszyliśmy w wielkim stresie, że nie zdążymy na samolot, nasz szalony kierowca wykonał manewr skrętu w prawo z lewego pasa. I jak bardzo by to w warunkach tamtejszego ulicznego Carmagedonu nie było normalne, tak tym razem zwyczajnie przyjebał w nas inny samochód.

Kierowca, jak na troskliwego taksówkarza przystało, nawet nie spojrzał, czy mamy jeszcze wszystkie ząbki, i zanim otrząsnąłem się po stłuczce, już stał i wykłócał się o pieniądze z kierowcą przyjebującym. Wychylam się, próbuję cokolwiek do niego zagadać, że samolot, że czasu nie ma i te sprawy, ale ten nic. Wywalił na nas roladę po całości. Siedzimy więc jak te dwie sierotki w rozwalonym samochodzie na środku pięćdziesięciopasmowej ulicy, gdzieś w środku czarnej (acz słonecznej) dupy, i wydzwaniamy do kogokolwiek z naszej agencji.

Po kilkunastu minutach coś się udało, ktoś zamówił nam kolejną taksówkę, pan taksówkarz numer dwa zabrał nam ostatnie pieniądze, mimo że wszystko miało być opłacone z góry, i tak szczęśliwie dotarliśmy do samolotu. Droga Kair–Rzym–Buenos Aires–Bariloche miała zająć nam jakieś 24 godziny, więc mieliśmy calutką pieprzoną dobę na kacowe męczarnie.

Kiedy tylko wsiedliśmy do pierwszego samolotu, złapaliśmy symultaniczną paranoję, że zginiemy. Jeżeli jest lista miejsc i sytuacji, w których szybko wpada się w kacowy obłęd, to startujący samolot powinien być w pierwszej trójce tuż obok Woli nocą i świątecznej kolacji z rodzinką. Na lotnisku przesiadkowym biegaliśmy spoceni i długo nie mogliśmy odnaleźć naszego lotu. Kiedy już udało nam się zająć miejsca w odnalezionym samolocie (w którym mieliśmy spędzić kolejnych 14 godzin), nasz plan był prosty: nawalić się i przespać to gówno!

Po samolocie kręcił się młody francuski steward, więc za każdym razem, kiedy mijał nas z perłowym uśmiechem i pytał: “Something to drink gentlemen?”, my szybciutko i uprzejmie odpowiadaliśmy: “wine!”. Gość dawał nam te nieduże buteleczki, my czym prędzej je opróżnialiśmy. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie, aż przy którymś razie zadał pozornie niewinne pytanie: “Where are you from gentlemen?”. Kiedy odpowiedzieliśmy, że z Polski, pan podał nam wino i już nigdy więcej się nie pojawił. Tyle z naszego misternie uknutego kacowego planu.

Kiedy spojrzałem w lustro na lotnisku w mieście pięknych wiatrów, zobaczyłem gościa, który ani trochę nie przypominał tego na zdjęciu w paszporcie. Nic to. Ostatnia przesiadka i jesteśmy na miejscu. Niestety i tym razem nie było za łatwo: wróciła paranoja i przy każdej kolejnej turbulencji stawała się coraz gorsza. Okazało się dodatkowo, że naszym pilotem jest jakiś kowboj cza-cza albo inny Marlboro Man, bo po lądowaniu, jakie nam zafundował, miałem kolejny bagaż podręczny – pełne gacie.

Dotarliśmy na miejsce! Podobno cała agencja w Polce modliła się za nas, za co z tego miejsca chciałbym serdecznie podziękować. Było ciężko, ale opłacało się tak, jak opłaca się mieć konto na Kajmanach.

Tak bowiem wyglądają Zmemłani na tle argentyńskiego Bariloche i jego okolic. 

1 74227_1754938592745_59548_n 76141_1638462274247_893998_n 76836_1638462194245_5303021_n 149628_1754942272837_81346_n 154516_1754919512268_5253443_n


Kolejna – mam nadzieję, że nie mniej zabawna – podróż przede mną. Pakuję walizki i żegnam się z Miłym Państwem na ok. 2 tygodnie, które spędzę, szlajając się z ekipą po Tajlandii. Gimbazjalny dowcip z serii: “Uważaj tam na laski, bo mogą mieć dla Ciebie niespodziankę, hue, hue, hue…” słyszałem już więcej razy, niż jest liceów, z których mnie wyrzucano w życiu, więc można go sobie spokojnie darować w komentarzach. Tu i tu będę dawał znać, że żyję i bawię się dobrze. Do zobaczenia.

Patryk Bryliński