Żywe trupy języka

Świat internetu pędzi przed siebie niczym wielki, oszalały robak. Słowa, które próbują pochwycić ten pęd  i pomóc nam go zrozumieć – już po chwili pękają, szarzeją i obracają się w proch. A jednak, nawet kilka lat po swojej śmierci, wciąż snują się wśród nas – słowa widma, słowa zombie, słowa, które powinny dawno wisieć w muzealnych gablotkach albo leżeć na leksykalnych wysypiskach. Zróbmy tu krótki przegląd tych żywych trupów języka – po to, aby pomóc je w końcu zakopać, robiąc miejsce nowym, prawdziwie żywym formom nazywania świata.     

internauci – klasyk końca lat 90-tych i początku naszego wieku. Internauci: cyfrowi kosmonauci, podróżnicy po tajemniczym świecie sieci. Odrębna rasa, gatunek “żyjący w internecie” – a co najmniej spędzający w nim wiele czasu, obeznany z nim i jego hermetyczną rzeczywistością. Internauci zapewne są młodzi, zapewne trochę agresywni, bywają błyskotliwi, ale też są nieuchronnie płytcy – wiadomo, internet to dżungla, w której przebijają się najsilniejsi, a to brutalizuje przekaz, itd, itp. Oczywiście – komentują rzeczywistość MEMAMI [ZOBACZ NAJLEPSZE].

Czy to słowo ma jakikolwiek sens dzisiaj, kiedy internet jest absolutną, poręczną codziennością (prawie) WSZYSTKICH, nie tylko tych żyjących na fejsbuku, ale też po prostu sprawdzających rozkład jazdy autobusu na ekranie telefonu? Ano – nie ma. Między innymi dlatego, że równie bezsensowny stał się podział na real i świat wirtualny.

real – w realu to, w wirtualu tamto. “Oj, tylko nie straćmy granicy między naszym wykreowanym avatarem i prawdziwym sobą”! Naprawdę? Naprawdę jest tak, że kiedy włączam komputer, zmieniam się z szarego, zahukanego księgowego w piękną i demoniczną księżniczkę Uruk-Sikhron z III kręgu czasoprzestrzennego galaktyki Roboros i leję wszystkich laserowym pejczem? Może niektórzy tak mają – ale większość chyba jednak nie. Prawda jest taka, że ten podział dziś już nie istnieje. Pewnie, na fejbuku a zwłaszcza w komentarzach na Gazeta.pl nasz zbolały księgowy może być duuużo bardziej wyszczekany niż w swoim biurze (jak to mówią: “kozak w necie pizda w świecie”), ale i tu i tu to jednak TEN SAM Krzysiek – poruszający się w internecie pod swoim imieniem i nazwiskiem, ze swoim portretowym zdjęciem w avatarze. Jeśli jest burakiem, to jest nim i w komentarzach pod fotką znajomego i w rozmowie z żoną przy zupie, a jeśli jest fajny – to jest fajny i w swoich statusach i na spacerze z synkiem. Internet nie jest dziś jakąś alternatywną rzeczywistością, wirtualnym światem magii, miecza i memów – jest po prostu kolejną, wielką przestrzenią, w której toczy się życie. Nas (prawie) wszystkich.  

surfować – mały słodki oldschoolik, który dziś już coraz trudniej zobaczyć. Skąd się wziął? Skoro internet uważano za jakiś inny, alternatywny świat – to ten świat wymagał osobnego sposobu poruszania się po nim. Co więc robił w kosmosie sieci internauta po tym, jak już założył swój cyfrowy kask i kombinezon (czyli włączył komputer)? Surfował! [*]   

netykieta – słowo z podobną historią co surfowanie. Jeśli mieliśmy dwa światy – to ten drugi, świat internetu, wymagał jakiejś kodyfikacji zachowań, jakiejś normatywności, jakiejś duchowej policji – coby ci buzujący hormonami INTERNAUCI się w nim wirtualnie nie pozagryzali. Netykieta ustalała więc co można a czego nie można, przez sieć przetaczały się ciężkie spory nad jej niepisanymi paragrafami – aż w końcu słowa zaczęto używać coraz rzadziej, orientując się, że jest niepotrzebne, że jedne i te same zasady rządzą naszym zachowaniem przed i po włączeniu komputera. (Oczywiście – w tej nowej, szerszej rzeczywistości pojawia się mnóstwo sytuacji, których wcześniej nie było, i z którymi jakoś musimy nauczyć się sobie radzić – ale, jak się zdaje, nowa jest tylko forma, treść pozostaje mniej więcej taka sama.)  

Na koniec hasełko, które uznam za przestarzałe życzeniowo i na zapas. To (aaaa!!!)  ból dupy. Mam wielką, osobistą nadzieję, że to zwrot, który niebawem przeminie – bo uważam go za jeden ze Zwrotów Najgorszych, przez które chcę umrzeć albo przynajmniej zabijać. Zwrot ten ma być manifestacją LUZU – no bo jak ktoś się czymś przejmuje – czyli nie jest wyluzowany – to znaczy że ma ból dupy. Taki pogląd (?) wypływa z przebrzmiałego patrzenia na świat, które przebijało przez wszystkie poprzednie hasełka – czyli uznawania, że istnieją dwie odrębne rzeczywistości, świat REALNY i INTERNET. No bo przecież przejmować to się można W REALU, a “TU JEST INTERNET” i tu się nie można przejmować, bo tu TRZEBA BYĆ WYLUZOWANYM. Naprawdę? No przecież wiadomo, że nie bardzo. Co za różnica dla moich emocji, czy Krzysiek obrazi mnie na ulicy, czy Krzysiek obrazi mnie w komentarzu? Na ulicy mogę się wkurwić, a jak się wkurwię przed komputerem, to Krzysiek poleci mi maść na ból dupy? (W tym miejscu chciałbym napisać coś o kopnięciu Krzyśka w dupę, ale na blogu nie promujemy przemocy, więc nie napiszę.)  

Reasumując: (prawie) wszyscy dobrze wiemy, że internet to nie jest piaskownica nastoletnich  INTERNAUTÓW, którzy SURFUJĄ po nim regulowani NETYKIETĄ i masowo produkują MEMY, pokazujące ich brak BÓLU DUPY. No nie. To też przestrzeń życia milionów, miliardów (?) ludzi absolutnie nie pasujących do tego opisu. Fajnie, jakby ta świadomość wyraźniej przebiła się do języka, poprzez który ten świat postrzegamy. Wtedy łatwiej nam bedzie sobie z tym nowym, rozszerzonym światem radzić.    

Maciej Kaczyński